
Kiedy
Caroline siedzi na łóżku i glaszcze wypukły brzuch, ja kręcę się po pokoju w
samej bieliźnie. Mama Louisa wchodzi do środka trzymając pokrowiec z suknią. To
dzisiaj. Już za chwilę. Obie kobiety mi będą pomagać. Mama Lou jest wręcz moją
przyjaciółką. O wszystkim mogę jej powiedzieć. Wspiera mnie.
-
Denerwuje się - patrzę na kobietę i nerwowo bawię się wstążeczką od stanika.
-
Czym, Courtney? Idziesz tam, bo go kochasz, a on kocha ciebie. Gdzie tu
wątpliwości?
-
Jeśli się potknę?
-
Nie potkniesz - Caroline wybucha śmiechem i bierze na ręce Snow.
-
Nie śmiej się ze mnie - gromię ją wzrokiem.
Wystawia
mi język. Louis jest z Niallem i Liamem u rodziców. Stamtąd wyjedzie do
kościoła, a ja stąd.
Potem
wszyscy przeniosą się do naszego ogrodu, gdzie odbędzie się wesele.
Tam
wszystko jest gotowe. Został dopracowany każdy szczegół. Dziewczyny pomagają mi
ubrać sukienkę i powoli wkładam buty. Potem jeszcze łańcuszek. W moje splecione
włosy zostaje wsunięta broszka, która utrzymuje ciężar fryzury. Do tego teraz
Madeline, czyli mama Lou dopina mi welon.
Tak
bardzo boję się, że coś pójdzie źle... Zaczyna mnie boleć brzuch. Louis
wspominał, że obawia się Zayna. Tego Mulata,
z którym się ścigał. Nie chce, żeby wpadli nie proszeni goście. O ślubie
każdy wie. Każde media. Więc i wrogowie też. Nie chcę jednak o tym myśleć. To
ma być nasz dzień. Tylko nasz. Wreszcie będziemy małżeństwem.
Kładę
rękę na brzuch i patrzę w lustro. Suknia jest z koronki. Idealnie dopasowana do
mojego ciała. Przynajmniej plotki o ciąży się rozejdą. W tej kreacji nie udało
by mi się ukryć nawet najmniejszego brzuszka. Przez ostatni miesiąc chodziłam
na siłownię u nas w domu. Harry mnie trenował. Wzmocniłam ciało i trzymałam
figurę.
Często
kończyło się to sexem na jednej z maszyn, gdyż, jak się dowiedziałam, mojego
przyszłego męża. Podnieca widok spoconej mnie. Ale sex to też dobra forma
ćwiczeń. Poza tym sama przyjemność. Obydwoje to lubimy. Hm, no to był udany
miesiąc. Potem mnie kąpał albo niósł prosto do basenu.
-
Pora iść - mówi Caroline posyłając mi uśmiech.
Sama
ma na sobie fioletową sukienkę do kolana i wianek na włosach. Tak samo jak
Madeline. Obie to moje druhny. Do nich dołączy jeszcze Sophia, dziewczyna
Liama, którą niedawno poznałam.
Odsuwam
od siebie wszystkie myśli i odwracam się od lustra. Koty patrzą na mnie
zaciekawione.
-
Kocham was - posyłam im całuski i wychodzimy.
Powoli
schodzę po schodach. Nie wywrócę się, nie ma takiej opcji. O nie. W salonie
czeka już Trevor i Travis idealnie ubrani w garnitury szyte na miarę. Cały gang
będzie ubrany tak samo. Dziwne, ale nigdzie nie ma Rileya. Jeden z nich podaje
mi mój bukiet. Pomagają mi wyjść z domu i wsiąść do auta.
Patrzę
w okno i modlę się, aby nic nam nie przeszkodziło. Nic i nikt. Do kościoła
jedziemy dwadzieścia minut. Boże… Louis już tam jest i na mnie czeka. Uśmiecham
się. Muszę się przestać denerwować.
Wychodzę
z auta i staje przed kościołem. Moje druhny idą przodem. Zamykam oczy i
wyobrażam sobie, że obok stoi mój tato. Żeby się nie rozpłakać, wchodzę do
kościoła.
-
Mogę? - podchodzi do mnie Senior.
Patrzę
na niego zaskoczona. Nie dając rady nic powiedzieć jedynie kiwam głową. Nie
mogę się powstrzymać i mocno do niego przytulam.
Wiem,
że się uśmiecha. Delikatnie całuje mnie w czoło.
-
Pięknie wyglądasz, droga Courtney. To naprawdę zaszczyt prowadzić cię do
ołtarza.
-
Dziękuję.. - szepczę.
Mężczyzna
ociera mi pojedynczą łzę. Podaje mi swoje ramię i ruszamy.
Drzwi
przed nami otwierają się. Czerwony dywan prowadzi pod sam ołtarz. Katedra jest
pięknie udekorowana, goście stoją w ławkach wpatrzeni we mnie, kiedy powoli
kroczę do przodu.
W
połowie drogi niepewnie podnoszę głowę i dostrzegam Louisa. Od razu czuję się
lepiej.
Stoi
z rękoma za plecami. No i oczywiście ma zarost. Nie wygrałam z nim tej bitwy. Jednak
i tak wygląda idealnie. Nie wyobrażam go sobie w żaden inny sposób. Zanim się
spostrzegam, stoimy już przed nim.
Patrzy
mi w oczy i uśmiecha się specjalnie dla mnie. Wiem to. Czuję się pewniej.
Jesteśmy tu dla siebie. Dla naszej miłości. Nie wierzę, dalej w to nie wierzę.
Kiedy trzy lata temu szukałam pracy nie spodziewałam się, że dziś będę stała
przed tym mężczyzną i wyznawała mu miłość.
Gdy
z kolei słyszę jego przysięgę jestem pewna szczerości tych słów. Nie mam
najmniejszych wątpliwości co do jego miłość względem mnie.
-
Kiedy twoje nogi nie będą już pracować tak jak kiedyś i nie będę mógł cię
rzucić na kolana. Czy twoje usta wciąż będą pamiętać smak mojej miłości? Czy twoje
oczy nadal będą się uśmiechały znad Twoich policzków? Skarbie, będę cię kochał
aż będziemy siedemdziesięciolatkami. Kochanie, moje serce mogłoby kochać. Tak
mocno, jak bym był 23-latkiem.
-
Nasza miłość jest stabilna jak chevrolet. Jeśli upadniesz, ja upadnę z tobą,
skarbie. Biegasz dookoła i otwierasz
drzwi jak dżentelmen. Mówisz mi codziennie dziewczyno, jesteś dla mnie
wszystkim. Nieważne jak daleko dojdziemy. Chcę, żeby cały świat wiedział. Chcę
cię bardzo, i nie będę tego miała w żaden inny sposób. Nieważne, co mówią
ludzie. Wiem, że nigdy się nie złamiemy, bo nasza miłość została stworzona w
USA – odpowiadam, wpatrzona w niego.
Podajemy
sobie obrączki i zakładamy je nawzajem. Pastor oficjalnie ogłasza nas mężem i
żoną.
-
Pani Tomlinson - mówi Louis z nie ukrywaną dumą i całuje mnie delikatnie z dużą
czułością.
Goście
biją brawo i wiwatują. Jestem szczęśliwa.
Miałam
niepotrzebne nerwy. Przecież wszystko musiało być dobrze. Uśmiecham się, kiedy
mój mąż prowadzi mnie przez kościół.
Jedziemy
do domu gdzie wszystko na nas czeka. Tam dopiero przyjmujemy gratulacje i
mnóstwo prezentów. Od rodziców Louisa otrzymujemy dom. Dom w Doncaster.
Całkowicie nasz.
-
To za dużo... poza tym to wasza rodzinna pamiątka.. - mówię niepewnie gdy
stoimy we czwórkę.
-
Którą przekazujemy wam - mówi Madeline. - Jesteśmy rodziną, Courtney. Teraz czy
tego chcesz czy nie, kochanie.
Patrzę
na Louisa i przytulam się do jego boku.
-
Dziękujemy.
Uśmiechają
się do nas i odchodzą. Lou całuje mnie we włosy. Chowa do regału akt własności
i wychodzimy do ogrodu. Zatrzymujemy się
jednak na tarasie.
-
Ja również mam prezent. Przeprowadzamy się. Nie daleko. Parcela jest większa.
Chłopcy będą mieli więcej siedzib.
-
Głuptasie... - znów go całuję. Jest niesamowity.
-
Lepiej zatańczmy zanim zaciągnę cię do sypialni - mruczy.
Nie
potrafię powstrzymać śmiechu. Stajemy na środku parkietu i po chwili zostaje
puszczona muzyka. Nasz pierwszy taniec.
Lou
całuje moją dłoń, kiedy mu ją podaje i zaczynamy się kołysać. To cudowne
uczucie. Jest moim mężem, trzyma mnie w ramionach i sprawia, że mam ochotę żyć
by to wszystko trwało.
-
Jesteś szczęśliwa? Jest tak jak chciałaś? - uśmiecha się.
-
Jest znacznie lepiej - kładę głowę na jego ramieniu.
-
Niespodzianka - szepcze mi do ucha.
Po
chwili słowa jego przysięgi zostają śpiewane przez specjalnego gościa.
Tym
razem nie potrafię się powstrzymać. Łzy pojawiają się w moich oczach by po
chwili wypłynąć na policzki.
-
Courtney, słońce, nie płacz - prosi cicho.
Kręcę
jedynie głową i zarzucam ręce na jego szyję mocno się przytulając. Kołyszemy
się wraz z innymi parami, a Ed Sheeran umila nam przyjęcie kilkoma utworami.
Ten
wieczór jest magiczny. Przekracza wszystkie moje wyobrażenia i marzenia.
Szampan
utrzymuje nasz nastrój. Ludzie, których nie znałam stali się milsi niż
myślałam. Naprawdę jest świetnie.
~Louis~
Wiedziałem,
że sobie nie odpuści. Musiał przyjechać. Razem z Liamem i jeszcze dwoma
chłopakami, przechodzę przez dom i wychodzę. Zayn opiera się o auto.
-
Czego tu? - warczę podchodząc do niego.
-
Nie jesteś zaskoczony, że tu wjechałem? Popatrz, wpuścili mnie - rozkłada ręce.
-
Dowiem się, który to. - zapewniam go na prawdę wściekły.
-
Ojej - wywraca oczami. - Mam pomysł. Zawołajmy tu twoją dziwkę. Logan się
stęsknił.
-
O czym ty pieprzysz? - kim do cholery jest jebany Logan? Co on ma wspólnego z
Courtney.
-
Ach, nie powiedziała ci. Rozumiem - wzdycha.
Z
auta wysiada jakiś brunet.
-
Jak to jest być jeleniem, Louis? - Malik kpi, a z samochodu wysiada...Riley.
Nawet
nie wiem kiedy strzelam. Pada obok auta nieżywy, a ja celuję w Zayna.
-
Co on ma z nią wspólnego? - kiwam na obcego mi mężczyznę.
-
Bez nerwów albo i ja wyjmę broń - syczy. Dobrze, że muzyka wszystko zagłusza. -
Otóż drogi Logan chodzi z Courtney na zajęcia. Myślisz, że u kogo siedziała,
kiedy się pokłóciliście? Chodziła do niego. A co tam się działo zostanie
tajemnicą.
-
Kłamiesz - wiem, że nie mogła tego zrobić. Powiedziała by mi, a o zdradzie... w
ogóle nie ma mowy.
Jest
szczera. Poza tym to Courtney. Ufam jej. Nie mogłaby robić takich rzeczy za
moimi plecami.
-
Skąd tyle wiem? Pomyślałeś, że najbliższa ci osoba może cię wydawać?
-
Jesteś idiotą - teraz już wiem, że kłamie. - Mów prawdę żółtodziobie - patrzę na
tego całego Logana. Zwariuję zaraz.
-
Popatrz, nawet Horan przeszedł na moją stronę - prycha, wskazując na blondyna.
Niall
nie patrzy na mnie. Podchodzi do Zayna i wymierza we mnie broń. Malik uśmiecha się,
a na jego twarzy maluje się wygrana.
Do
czasu. Horan odblokowuje broń i strzela w nogę mulata. Wymija go i staje obok
mnie.
-
Spierdalać stąd.
Logan
chyba nie wie co się dzieje. Ludzie Zayna pomagają mu i szybko opuszczają mój
dom. Travis i Liam zajmują się ciałem tego zdrajcy, a ja z mętlikiem w głowie
wracam na przyjęcie. Czy ktoś jeszcze chce mi coś powiedzieć? Może to nie był
tylko Riley? Courtney zna Logana? Lubi go? Wchodzę na górę do naszej sypialni.
Widzę rzeczy pozostawione po przygotowaniach. Szukam jej telefonu.
No
gdzie ona go do cholery dała? Jest. Biały iPhone leży na jej torebce.
Odblokowuję go znanym chyba wszystkim hasłem.
Wpisuję
swoje imię.
Włączam
wiadomości i szukam tego Logana. Ufam jej, ale mogła paść próbą manipulacji.
ja
mam takie hasło
Dużo
tego jest. Pisali praktycznie codziennie i to sporo. Przecieram ręką czoło. Nie
mam siły i czasu, aby czytać wszystko.Ten telefon tylko bardziej mnie
zdenerwował. Nie Louis spokojnie. Właśnie o to im chodziło. Chcieli namieszać
mi w głowie i wzbudzić wątpliwości. Odkładam komórkę. Wychodzę z sypialni. Idę
na dół gdzie dopada mnie matka.
-
Gdzieś ty znikł? Courtney nie może cię znaleźć.
-
Już jestem - obejmuję ją ramieniem i całuję w skroń. - Pięknie wyglądasz mamo.
-
Do ogrodu synek. Już - razem wracamy do gości.
Courtney
tańczy razem z dziewczynami, kobietami. Biorę kieliszek szampana, rozmawiając
chwilę z każdym po kolei.
Niall
niby wyluzowany, ale nie spuszcza oka ze swojej żony.
-
Zrobiłeś się strasznie opiekuńczy - zauważam.
-
Ja? Nie wiem o czym mówisz - kręci głową.
-
W ogóle - prycham.
-
Zobaczymy jak Courtney zajdzie.
Wypluwam
szampana na trawę. Gromię Horana wzrokiem i odstawiam kieliszek.
-
No co? - patrzy na mnie rozbawiony.
-
Zamilcz - kręcę głową. On jak coś powie to ja zawału dostaje.
Moja
żona mnie zauważa i od razu podchodzi.
-
Już myślałam, że uciekłeś.
-
Ja? W życiu - uśmiecham się do niej.
-
Więc gdzie byłeś ponad godzinę?
Nic
nie mówię. Przyciągam ją i zaczynamy tańczyć. Zespół gra Stay with me. Podoba
mi się ta piosenka.
Nigdy
nie przywiązuję wagi do takich pierdół, ale dzisiaj zauważam wszystko. Obracam
moją żonę i trzymam w ramionach. Niedługo jedziemy. Ona nic nie wie. Sam
wszystko planowałem. Chciałem, żeby miała niespodziankę. Chyba mi się uda.
Lecimy do Grecji.
-
Kocham cię- słyszę jej melodyjny głos.
-
Kocham cię - odpowiadam.
Bawimy
się do później godziny. Wszystko jest tak jak powinno. Potem żegnamy się ze
wszystkimi. Sam jest naszym kierowcą. Oczywiście Harry leci z nami.
Horana
bym nawet siłą nie zaciągnął bo Caroline ma rodzić przed naszym powrotem. Dalej
mi kretyn nie powiedział, co będzie mieć. Albo sam nie wie albo...przegram
audi. Jeśli to będzie syn, to polegnę.
Siedzimy
w samolocie, a Courtney poszła się właśnie przebrać. Nie za bardzo mi to
odpowiada. Sam chciałem zdjąć z niej tę suknię. Wyglądała pięknie. Wraca ubrana
w krótką, żółtą sukienkę, praktycznie całą zrobioną z koronki. Jej długie nogi
świetnie wygląda w zestawie z wysokimi szpilkami.
-
One są wygodne? - pytam z ciekawości.
Zabiłbym
się po jednym kroku. Naprawdę.
-
Wygodne - sprawdza stan swojej fryzury i siada obok mnie.
-
Ale jak dolecimy, to zakładasz tę suknię z powrotem - mówię, kładąc dłoń na jej
udzie
-
Po co? - marszczy brwi.
-
Dla zasady - całuję ją w szyję. I jutro też ją ubierze. Mamy sesję ślubną.
-
Dobrze kochanie. Ubiorę ją.
-
Jesteś taka piękna - mruczę.
Za
dużo szampana.
-
Mówiłeś - śmieje się głaszcząc moją dłoń.
Biorę ją na swoje kolana. Całuję i przytulam
żonę do swojej klatki. Tak najlepiej. Mieć ją przy sobie. Lot jest długi, więc
obydwoje trochę śpimy.
Przy lądowaniu budzi mnie pisk.
-
Grecja!
- Jezus Maryja - otwieram oczy i rozglądam się
nieprzytomny.
- Jesteś najlepszy - coś mnie atakuje i mocno
całuje. No tak. To pewnie Courtney.
Mruczę coś w jej usta. Uśmiecha się, jest
szczęśliwa. I o to właśnie chodziło.
- Boże, tak bardzo chcę się teraz z tobą
kochać - dyszy i znów mnie całuje.
Od
razu się rozbudzam.
-
Wybacz, kochanie. Musimy wylądować - szepczę.
Robi smutną minkę, ale nie widzę jej zbyt
długo gdyż znowu atakuje moje usta.
Kiedy
tylko stajemy przed lotniskiem, podjeżdża wynajęte auto. Harry jedzie za nami
drugim samochodem.
Courtney
zaczarowana cały czas patrzy przez okno. Zdecydowanie jej się tu podoba.
Obejmuję
ją ramieniem i pokazuję jej różne punkty w oddali.
Po
godzinie dojeżdżamy na miejsce. Brunetka od razu wyskakuje z auta. Wychodzę za
nią. Do domu trzeba wejść po białych schodach, bo jest na szczycie. To nie tak
daleko. Grecja była tak budowana. Dziewczyna łapie mnie za rękę i zmusza żebym
szedł szybciej. Oczywiście co chwila patrzy czy wszystko jest ze mną w
porządku. Jest kochana, ale przewrażliwiona.
-
Mam nowe serce, kochanie. Nie męczę się - mówię. Na ostatnim schodku biorę ją
na ręce i wnoszę do domu.
Śmieje
się głośno, mocno trzymając mojej szyi.
Słyszę,
że Sam zostawia nam walizki i wychodzi. Niosę żonę na taras.
-
Ale tu ślicznie..
Obejmuję
ją od tyłu. Słońce właśnie zachodzi.
Jestem
z siebie cholernie dumny. Udało się. Jest tak jak planowałem.
Mam
zamiar kochać się z moją żoną cały wieczór, całą noc i cały dzień. Aż nie
padniemy z wysiłku.