niedziela, 10 stycznia 2016

Rozdział 23

Siedzę w garażu i sprawdzam swoje auto. Musi być całkowicie sprawne. Nie może zawalić. Co do dziecka? Courtney nie odpuszcza. Myślę, że przypadkiem możemy pobić jakiś rekord. To dziecko na pewno nie będzie niedorobione. Mi naprawdę czasem brakuje sił. Zwłaszcza kiedy wracam z pracy. Ale nie...Moja żona tak chętnie rozkłada nogi. A kim ja jestem żeby mieć siłę się temu oprzeć? Jestem człowiekiem i mężczyzną na swą zgubę.
Mam nadzieję, że po ciąży, ona będzie chciała czasem ze mną sypiać. Nigdy nie wiadomo jak to może być.
Wracam do domu po treningu z Harrym na torze. Wreszcie dom.
- Jutro o szóstej wszyscy gotowi - mówię do niego, aby przekazał dalej.
- Jasne - mruczy i znika z autem w garażu.
Ściągam z siebie koszulkę. Zayn się uspokoił. To mnie cieszy. Nie wchodzi mi więcej w drogę. Usunął się na bok i to mi całkowicie odpowiada. Idę do kuchni i biorę sobie jabłko.
- Gdzie Courtney? - pytam Gabriell.
 Widzę na stole kuchennym dwie skrzynki wiśni.
- W łazience. - patrzy na mnie i przez chwilę się waha. - Kupiła test... - dodaje cicho.
- Czyli dzień jak co dzień - mówię. Biorę garść owoców i idę na górę.
Wiśnie? Co ją na wiśnie wzięło do cholery?
Nagle jej się odmieniło. Zawsze czereśnie. No chyba, że to do jakiegoś ciasta. Ale nie aż tyle. Pukam do drzwi łazienki. Nie odpowiada. Po chwili wychodzi pokazując mi negatywny test.
- Mówiłem ci nie myśl o tym.
- Chciałam sprawdzić... - mówi cicho.
- Chodzi mi o presję. Nie myśl o tym - całuję ją w czoło.
- Przepraszam.. - posyła mi uśmiech.
- Na pewno się uda - łapię ją za rękę. - Czemu wiśnie?
- Będę robiła dżem. - podnosi dumnie głowę.
- Ach...Dżem. Dobrze. Rób dżem - uśmiecham się.
- Będziesz jadł mój dżem?
- Oczywiście - mówię i kładę się na łóżku. Coś jeszcze mówi, ale zasypiam.
Budzę się o szóstej rano. To już dzisiaj. Cholera, chyba się boję. Nie mogę przegrać. Nie mogę nie wrócić. Mam za dużo do stracenia.
Courtney nie ma w łóżku co jest bardzo dziwne o tej porze. Zrywam się i szybko ubieram. Biorę swój plecak, zabieram broń i zbiegam na dół. W salonie też jej nie spotykam. Dopiero przez okno zauważam ją w ogrodzie.
- Courti? - wychodzę do niej, zgarniając kluczyki.  - Co tu robisz o tej porze?
- Nie mogę spać? A ty? - patrzy na mnie zdziwiona.
- Idę do pracy - całuję ją w usta. - Kocham cię - dodaję ciszej i wybiegam z ogrodu. Wsiadam do samochodu. Chłopcy gotowi.
Przed nami ciężko dzień. Prowadzę szybko chcąc jak najszybciej dojechać do chłopaków. Wtedy wcielamy plan w życie. Wszystko dzieje się poza granicami Miami. Niall obsługuje wszystko co elektroniczne. Tak naprawdę to od niego wszystko zależy. Wystarczy jeden błąd i nic się nie uda. A nie mogło się tak stać. Naszym celem była głowica jądrowa. Nie, nie budowaliśmy broni. Chcieliśmy jedynie to dobrze sprzedać. Ale najpierw musieliśmy to ukraść.
Dojeżdżamy na miejsce. Każdy wie co ma robić. Trevor i Sam zostają pilnować Nialla, a reszta rusza do środka.
Skupiam się na swoim zadaniu, ale też sprawuję kontrolę nad innymi. Niall mówi mi, gdzie mam iść i gdzie może czekać jakaś osoba. Widzi to wszystko w komputerze. Satelity to dobra rzecz. Nawet nie wiem ile czasu mija kiedy jesteśmy przy głowicy. Na pewno więcej niż powinno. Trochę za późno. Każe im wynieść nasz skarb. Sam zajmuję się ludźmi Borysa. No. Z pomocą Nialla. Ostatni zakręt, a tam czeka dwóch. Jeden trafia w moje ramię.
Kurwa! Zaciskam zęby i pistoletem w drugiej ręce strzelam do obydwu.
- Jebać was - warczę i wybiegam z domu. - Nie mogłeś mi powiedzieć?! - krzyczę do mikrofonu.
- Zlali mi się z tłem - broni kierując mnie do wyjścia.
Wsiadam do samochodu i odjeżdżam. Długo nie dam radę. Nie mam jak zmieniać biegów. Zatrzymuję się w bezpiecznej odległości i czekam na Liama. Niech coś z tym zrobi.
Ważne, że daliśmy radę. Jakieś straty musza być.
Lepiej, że takie niż ktoś miałby nie wrócić. Każdy z nich jest mi potrzebny. Liam dojeżdża do mnie. Pomaga mi. Kurwa mać. Jak on wyciągnie kulę na żywca, to go pogryzę.
Jebany tak właśnie robi. Zaciskam szczęki kiedy ten bierze się do roboty. Patrzę w okno. To nie boli. To nie boli. To nie boli.
- Jest - słyszę w końcu. - Chcesz pod poduszkę?
- Wyrzuć to.
Ten się śmieje i robi. Wracamy do domu. Wchodzę do willi zmęczony, ale zadowolony. Kto poprowadził dobrze akcję? Ja. Nie mój ojciec. I dlatego to ja mam zamiar się tym chwalić i odbierać gratulacje. Również od niego.
Biorę telefon i dzwonię do seniora. Będzie mu głupio. Nie wierzył we mnie. Też potrzebuję ojcowskiej dumy. Oczywiście słyszę rzeczy typu...To nie było trudne. Mieliście szczęście.. Ale na końcu przyznaje mi rację i gratuluje. Odkładam komórkę i wchodzę na górę. Poszukuję mojej żony, zaginęła.
Jak to często ma w zwyczaju ostatnimi dniami. W końcu znajduje ją w pokoju gościnnym.
- Co tu robisz? - pytam zdziwiony.
- O, już jesteś.. - odwraca się w moją stronę. - Twoje ramię.
- Mam je.
- Postrzelili cię?
- Tak. Co tu robisz?
- Louis, to nie są żarty. Trzeba zawołać lekarza. - podchodzi do mnie.
- Nic mi nie jest. Trzeci raz zapytam co tu robisz.
- Chciałam zobaczyć czy można byłoby zrobić tu pokój maluszka. - tłumaczy i się uśmiecha.
- Jak będzie w drodze, to się oto postaram.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Jej oczy zaczynają błyszczeć. Staje na palcach i mnie całuje. Oddaję pocałunek, ale odsuwam się. Idę wziąć prysznic. W sypialni czeka na mnie kolacja. No tak. Courtney pewnie myśli, że ledwo co się ruszam.
Ale tak naprawdę nic mi nie jest. To tylko ramię. Nie pierwszy i zapewne nie ostatnia raz.
- Smacznego - dziewczyna całuje mnie w policzek i teraz ona idzie się umyć.
Zjadam tortillę, opierając się na łokciu o łóżko. Przy okazji oglądam mecz.
Nasi przegrywają w pierwszej połowie. Już ja bym lepiej zagrał.
O...Właśnie. pograłbym. Naprawdę Mam Ochotę.
Jak tylko trochę przejdzie mi ręka to muszę zebrać chłopaków. To dobre dla wyluzowania. No i przegrywają. Brawo. Courtney wraca z łazienki. Odkłada talerz na szafkę i kładzie się obok mnie.
- Jak się czujesz? - pytam.
- Normalnie - wzrusza ramionami.
- Okej - kładę ręce pod głowę.
- Dobranoc.. - przykrywa się szczelnie  i zamyka oczy.
- Dobranoc - mruczę.
Dziewczyna zasypia chwile później. Ja odpływam dopiero po pierwszej.
***
Po dwóch tygodniach kolejnego starania się o dziecko, zabieram ją do lekarza. Wkurwiają mnie te testy. Kobieta przypisuje jej jakieś tabletki. Mówi, że Courtney jest zdrowa i dziecko to kwestia czasu.
- A może po prostu ja jestem za stary? - sugeruję.
- Z wyników pana badań, które pan przyniósł wynika, że jest pan całkowicie zdrowy. Wiek? Proszę mi uwierzyć, że z pewnością nie jest pan za stary - zapewnia mnie kobieta.
- Dziękuję - odpowiadam.
Wychodzimy z gabinetu.
- Więc co teraz? - dziewczyna łapie mnie za rękę i idzie blisko.
- Co ma być? - całuję ją w skroń. - Koniec smętów. Idziemy na lody.
Uśmiecha się szeroko i kiwa głową. Wychodzimy z kliniki. Zabieram ją do kawiarni.
Tam jednak lody idą w dostawkę, gdy oboje zauważamy duży wybór ciast. Każde z nas bierze po dwa różne i siadamy przy stoliku.
Patrzę na moją żonę przez chwilę. Biorę widelczyk i karmię ją kawałkiem deseru. Przypomina mi się nasz tort.
Ta śmieje się i również mnie karmi.
- Zróbmy sobie dzisiaj romantyczny wieczór - prosi.
- Jak chcesz, kochanie. Zrobimy. Nad basenem.
- Idealnie - zgadza się.
- Proszę - daję jej kolejny kawałek
Od razu go bierze. Wracamy do domu po piątej. Courtney chyba użyło, że to nie ona jest problemem przy ciąży.
Idę do kuchni. Biorę wino i dwa kieliszki. Szykuję wszystko na tacy. Dziewczyna w tym czasie znosi koce i masę poduszek do ogrodu.
Przychodzę do niej i kładziemy się tam.
- Za nas? - pyta unosząc kieliszek.
- Za nas, najdroższa - również podnoszę szkło.
Wypijamy toast i mocno mnie całuje. Kładę ręce na jej biodra. Przybliża się jeszcze bardziej.
- Podobno po roku mężowi nudzi się jego żona... - szepcze w moje usta.
- No mi na pewno nie - kładę się i ciągnę ją na siebie. Odstawia nasze kieliszki.
- A po dwóch latach? - pyta poważnym głosem.
- Po dwóch latach też nie. Zobaczysz - przejeżdżam dłońmi po jej ciele. - Pamiętasz co przysięgaliśmy? Że do śmierci. Będą problemy. Będą kłótnie.
- Choroby i kryzysy...
- Dokładnie. Ale razem damy radę - mówię, patrząc w jej piękne oczy. - Miłość łaska jest, cierpliwa jest...
- Nie wyobrażasz sobie jak bardzo Cię kocham - muska moje usta.
Nie odpowiadam. Uśmiecham się. Cieszę tą chwilą. Zostajemy tam całą noc. Niezapomnianą noc.

piątek, 1 stycznia 2016

Rozdział 22

Od razu po powrocie do Miami, przed urodzinami Mike'a, mamy bankiet. Louis organizuje przyjęcie w firmie dla sponsorów. Oczywiście mu towarzysze. Wybrałam na tą okazję długą, czarną suknie ze zdobioną górą. Włosy zaplotła mi Sophia.
To plus mieć długie włosy. Dzięki temu mogę mieć różne fryzury. Zapinam zamek z boku sukienki i wychodzę z łazienki. Mam nadzieję, że Louisowi się spodoba. To chyba odpowiedni strój na ten typu imprezę.
Mój mąż stoi w sypialni już w smokingu i trzyma na rękach Greya.
- Będziesz cały w sierści..
- Nie pra...o kurwa - patrzy na mnie.
- Może być? - uśmiecham się delikatnie i powoli obracam.
- Zostajemy w domu.
- Louis, przestań się wygłupiać - patrzę na niego głupio. - I odłóż go - pokazuje na zwierzaka.
Tak robi, a potem podchodzi do mnie.
- Nie wygłupiam się. Jesteś piękna.
- Ty też wyglądasz całkiem, całkiem - poprawiam mu krawat.
- Dziękuję, kochanie.
Biorę torebkę i wychodzimy. Trevor nas odwozi pod same drzwi firmy. Otwiera przede mną drzwi i pomaga wyjść. Louis podaje mi ramię.
Na miejscu jest już większość gości. Wchodzimy zauważeni przez wszystkich. Masa osób przychodzi się z nami przywitać.
- Luke, Witaj - Louis uśmiecha się na widok obcego mi blondyna. - Poznaj moją małżonkę. Kochanie to Luke. Luke to Courtney.
Uśmiecham się i podaje mu swoją dłoń, którą od razu całuje.
- Miło cię poznać - stwierdza.
- Mnie również - na nowo owijam ręce wokół ramienia Louisa.
Kelner podaje nam szampana. Louis rozmawia z różnymi osobami. Oficjalnie dziękuje za przybycie. Cieszę się z jego powodzeń w firmie. Cudownie jest widzieć go spełnionego.
- Chodź, skarbie - mruczy do mojego ucha. Ciągnie mnie w stronę windy.
Rozglądam się za gośćmi. Nikt nie patrzy. Co on kombinuje? Wchodzimy do środka. Drzwi się zamykają, a Louis mnie przyciąga do siebie.
- Gdzie idziemy? - pyta podnosząc na niego wzrok.
- Do gabinetu.
- Po co idziemy do gabinetu kochanie?
- Bo tam będziemy sami.
Winda zatrzymuje się na ostatnim piętrze biurowca.
- Louis, ale włosy..
- Daj spokój - prowadzi mnie do gabinetu.
Wzdycham jedynie i wchodzę do dobrze znanego mi pomieszczenia.
- Wyglądasz pięknie. Naprawdę - podchodzi do barku i nalewa nam wina.
Biorę jeden z kieliszków i wznosimy toast.
- Zgadzam się na dziecko.
- C-co takiego? - zapowietrzam się zszokowana.
- Byłem u lekarza. Powiedział, że to najwyższy czas. Odpowiedni czas. Chcę potomka.
- Ty... - zaczynam piszczeć i zarzucam mu się na szyję.
- Wino - śmieje się, przytrzymując mój kieliszek.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję....
- Nie masz za co, skarbie.
- Kocham cię - całuję go mocno, ale oświeca mnie i się odsuwam. - Muszę sprawdzić kiedy mam dni płodne. Nie mam tu kalendarzyka. Boże, Louis pamiętaj, że muszę sprawdzić..
- Courtney, nie możesz o tym myśleć. Działanie pod presją nie jest dobre. Nie zabezpieczajmy się i będziemy po prostu czekać.
- Nie chcę czekać. Możemy się kochać codziennie. Kilka razy dziennie. Oprócz dni z okresem. Wtedy mogę ci robić dobrze, żebyś się nie odzwyczaił i zawsze był gotowy...
- Przestań - całuje mnie delikatnie. - Żyjmy normalnie. Jeśli Bóg chce, to zajdziesz.
- Codziennie - powtarzam w jego usta.
- Nie mam tyle sił, skarbie - przejeżdża ręką po moich plecach.
Dajemy sobie krótkie całusy. Jestem taka szczęśliwa. W końcu się zgodził. Przytulam się do niego mocno. Chcę mi się płakać. Wszystko będzie dobrze. Postaramy się i na pewno się uda. Będziemy mieć dziecko. Nasze, które będziemy bardzo, bardzo kochać.
Zaraz po powrocie do domu, pomimo później godziny, zaciągam go do łóżka.
- Wykończysz mnie - mruczy, opadając na materac.
- To jeszcze nie starania. Po prostu wyglądałeś w tym garniturze tak sexownie... - siadam na jego biodrach.
- Tak? - przesuwa rękoma po moich udach. - Uwódź, żono.
- Nie muszę tego robić. Szalejesz za mną - śmieje się.
- To prawda - dotyka dłonią mojego policzka. - Szaleję za tobą. Kocham cię ponad życie. Jesteś wszystkim, co najważniejsze. Nic innego mnie nie obchodzi.
Pozbywam się reszty naszych ubrań i nabijam na niego. Po prostu jestem go spragniona. Chyba nigdy nie nasycę się moim mężem. Mamy równe tempo. Nie jest szybko, bo wie, że tak nie lubię. Pozwala mi dojść i sam to robi. Jest cudownie. Bez zabezpieczeń czuć to jeszcze lepiej. Kładę się na jego klatce. Bezpieczna w jego ramionach zasypiam.
~Louis~
Siedzimy w sali obrad, obmyślając kolejny plan. Nawet mój ojciec wtrącił trzy grosze. To ma być duża akcja. Trochę niebezpieczna, ale kto nie ryzykuje ten nie ma. Właśnie wypowiada się Jack, którego przyjąłem do gangu. Niezły chłopak. Młody, ale Niall go szkoli.
- Poczekaj - przerywam mu, gdy wchodzi zmartwiona Gabriell.
Pochodzi do mnie.
- Nie chciałam przeszkadzać, ale pani Tomlinson dostała gorączki. Prosił pan, abym powiedziała jak się pogorszy…Stało się to czego się obawiałem. To nie takie zwyczajne przeziębienie. Ona jednak upiera się, że to tylko katar. Jutro są urodziny małego. Będzie leżeć w łóżku i tyle. Wstaję i idę do niej. Już czuję tą kłótnie. Na pewno będzie robiła wszystko żeby tylko się tam dostać. Nie mogę na to pozwolić. Jest chora. Słaba.
Wchodzę do naszej sypialni, a pierwsze co widzę to góra chusteczek.
- Gabriell dała ci coś na gorączkę? - pytam, zbierając to wszystko do kosza.
- Dała mi tysiące leków. - chrypi.
- Prześpij się - Proszę. Muszę tam zaraz wracać.
- Z tobą chętnie - nawet z 40 stopniami gorączki humor jej dopisuje.
- Kotku - uśmiecham się.
- Chyba będę musiała ciepło się jutro ubrać…
- Nigdzie nie pójdziesz.
- Muszę iść. - siada gwałtownie  i łapie się za głowę.
- Courtney, powiedziałem nie.
- Muszę - jest na skraju płaczu. - Mój Mike...
Siadam obok niej i ją przytulam. - Zarazisz go.
- To jego urodziny. Jest mały, nie mogę go zawieść.
- Jesteś chora.
- Tylko trochę. Przejdzie mi do jutra - przytula się.
- Prześpij się. Ja muszę iść.
- Idź jak musisz - puszcza mnie i sięga po chusteczkę.
Całuję ją w nos. Szkoda mi jej. Naprawdę. Wygląda źle. Pomimo tego co mówi, zasypia, a wtedy ja wracam na spotkanie. Do późnego wieczora siedzę w sali. I tak Wszystkiego nie omówiliśmy. A jutro znowu nie będzie czasu gdyż są urodziny młodego.
Kupiłem mu huśtawkę. Jemu wszystko pasuje. Od samego rana moja żona próbuje mnie przekonać, że jest już zdrowa. Oczywiście nie jest to prawda. Zdycha jak pies.
- Ucałuj go ode mnie - mówi zrezygnowana kiedy ja ubieram marynarkę. - Tak mocno, Louis. Powiedz, że bardzo go kocham.
- Dobrze, skarbie. Obiecaj mi, że będziesz odpoczywać.
- Nie mam siły na nic innego - mruczy niezadowolona.
- Kocham cię - całuję ją w czoło i wychodzę.
I tak proszę Gabrie,ll żeby co chwila do niej zerkała. Wsiadam do lamborghini i jadę do Horana. Courti bardzo pomagała Caroline. Zorganizowały wszystko. Tyle, że Caro musiała dokończyć.
Przyniosę mojej żonie dużo zdjęć i tort to może się rozchmurzy.
- No mały - biorę Mike'a na ręce. - Duży już jesteś. Ciocia nie mogła dzisiaj przyjść, ale bardzo cię kocha. Obyś rósł dalej tak zdrowo.
- BoBo.. - łapie moje włosy. Tak na mnie mówi i już. Nie dojdzie "Wujek Louis ".
- Mały gnojek - całuję go w nos.
- Jak się czuje Courtney? - pyta Niall biorąc ode chłopca.
- Źle. Serio. Ona ledwo zeszła na dół. Chciała przyjść, nie dała rady.
- Przykro mi.
Kiwam głową i wyciągam kopertę z kieszeni. Wsuwam ją do kieszeni jego koszuli.
- Co to? - patrzy na mnie głupio.
- Premia.
Uśmiecha się pod nosem i kiwa głową. Idzie z małym do kulkowego basenu.
Wchodzę do kuchni. Obejmuję Caroline w talii. Jest ubrana w niebieską sukienkę w kropki z kokardą na biodrze.
- Zapakujesz mi trochę tego dobrego tortu dla mojej żony? - pytam.
- Louis, ogolił byś się.- mój zarost ją łaskocze.
- Lubię tak.
- Dam ci nawet pół tortu. Skoro ty nie chcesz jej zrobić brzucha, to ja się tym zajmę - dostaje z łokcia w żebra.
- Chora jest, to nie mam jak - śmieję się i opieram o blat.
- Mam nadzieję, że mój mąż nie pije.. - patrzy przez okno do ogrodu.
- A jak pije to co?
- Miał odwieźć moich rodziców - tłumaczy.
- Ja mogę ich odwieźć.
- Przestań.
- Mam po drodze - biorę od niej zapakowany tort.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Dziękuję - całuje mój policzek. Biorę teściów Horana i wracam.
Oni są mili. Nie wiedzą za dużo. Dla nich lepiej. Przed dziewiątą jestem już w domu. Zdejmuje buty i z ciastem idę na górę. Otwieram drzwi od sypialni. Może mała nie śpi.
- Gabriell, żyje i mam chusteczki.- słyszę na wejściu.
- To ja, kochanie. Mam tort.
- Jak było? - pyta dalej leżąc.
- Zabawnie. W porządku. Proszę - podaję jej ciasto. - Jak się czujesz?
- A Mike? Cieszył się? Dostał fajne prezenty? W co był ubrany? - zasypuje mnie pytaniami.
Opowiadam jej przebieg przyjęcia. Potem pokazuję masę zdjęć.
Uważnie ogląda każde z nich. Widzę jak delikatnie się uśmiecha widząc małego Horana.
- Na dzisiaj koniec. Idziesz spać -mówię. Zostawiam jej telefon i udaję się pod prysznic. To był udany dzień.
Mały zadowolony. Courtney udobruchana. Sukces odniesiony. Musi z tego wyjść. Nie chcę, żeby źle się czuła. Wtedy bardzo mi jej szkoda. Wolę ją pełną energii.
Wracam do sypialni. Połowa ciasta jest zjedzone, a dziewczyna śpi. Nawet przez sen chrypi. Zbieram chusteczki i opakowania po lekach. Wyrzucam wszystko. Dokładnie przykrywam żonę. Moje słoneczko. Na prawdę nieźle ją dopadło. Kładę się na swojej połowie łóżka i również zasypiam.
Całe szczęście, że po tygodniu wróciła do zdrowia. Całkowicie. Ja więcej pracowałem. Skupiłem się na akcji. Teraz to pochłania większość mojego czasu.
Potrzebuję do tego dużo ludzi, dużo broni i dużo aut. Nie będzie ciekawie. Będzie niebezpiecznie. Dziewczyny oczywiście wiedzą tylko tyle ile uznaliśmy za potrzebne.

piątek, 18 grudnia 2015

Rozdział 21

- Nie mama. Myślałem, że ją cholera weźmie, ale powiedział tata - Horan już od godziny przeżywa pierwsze słowo młodego.
- Bo to mądry dzieciak - stwierdzam, pisząc maila. - Nic dziwnego.
- Tata Louis. Słyszysz? Solidarny chłopak.
Unoszę kciuk do góry, a drugą ręką wciskam enter. Odkładam laptopa.
- W ogóle to... - odkasłuje. - Mój syn kończy rok w przyszłym miesiącu tatuśku chrzestny.
- Pamiętam. Wszyscy o tym gadają. Non stop - mówię, wstając z kanapy.
- Bo to ważne. - gromi mnie wzrokiem.
- Ale bez przesady. A teraz jesteśmy w pracy, więc zacznijmy pracować - wychodzę z gabinetu i proszę sekretarkę, żeby zamówiła obiad.
Kiwa tylko głową i od razu to robi. To co powiedziałem do Nialla jest prawdą. Wystarczy mi sama Courtney. Od początku czerwca przeżywa naszą pierwszą rocznicę, a wydarzeniem zaraz po tym są urodziny tego malca. Oczywiście jest główną organizatorką. Lubię Mike'a. Nie raz to mówiłem. Ale ja już mam dosyć. Dosyć rozmów o pieluchach, nowym wózku, lepszym nosidełku. To się robi...Jezu. Co do rocznicy... również to przeżywam. Tylko ja bardziej w sobie. Rok bardzo szybko minął. Mała kończyła studia, ja zająłem się pracą. Zabierałem Courti na randki, na wyjazdy. Było dobrze. Robiłem wszystko, aby nie myślała o dzieciach. Trudne zadanie. Wracam do domu koło czwartej popołudniu.
Żonę znajduję w ogrodzie. Cała brudna jest ledwo widoczne między krzewami.
- Cześć - mówię zwracając jej uwagę.
- Cześć.. - odpowiada bez emocji nie podnosząc głowy.
- Zły humor?
- Wszystko w porządku - mówi na tyle głośno bym mógł usłyszeć.
Kucam obok niej i łapię za podbródek.
- To fajnie...- zatyka mnie, gdy dostrzegam limo praktycznie całkowicie zasłaniające jej oko. Odtrąca moją rękę przez co traci równowagę i upada na tyłek.
- Co ci się stało? - pytam, gdy odzyskuję mowę. Łapię ją za ręce i stawiam na nogi.
- Nie gap się tak. Wyglądam jak straszydło.
- Pytam co ci się stało?! - podnoszę głos.
- Dostałam doniczką - odpowiada od razu. Za szybko.
- Gówno prawda. Mów - trzymam ją za ramiona. Czuję jak się gotuję od środka.
- Louis, to boli... - próbuje się odsunąć.
- To mnie przestań denerwować tylko powiedz co ci się stało.
- Nie, bo będziesz zły.. - mówi cicho i spuszcza głowę.
- Już jestem - warczę. - Patrz na mnie jak rozmawiamy. Słucham. Czemu wyglądasz jakbyś się biła.
- Przestań mówić do mnie takim tonem.
- Nie przestanę, bo jestem wkurwiony - puszczam ją i dla bezpieczeństwa zakładam ręce na klatkę. - Kończy mi się cierpliwość, Courtney.
- Miałam wypadek, rozbiłam ci mercedesa. - nie czekając na moją reakcje znów klęka przy roślinach.
Wypadek...Czemu ja o tym nie wiem do cholery?! Czemu nikt mi nie powiedział? Łapię ją za ramię i znów ciągnę do góry. Obracam dziewczynę, sprawdzając jej stan.
- Narobisz mi siniaków - burczy w moją stronę z żalem.
- To wszystko czy coś jeszcze? Tylko oko? Jechałaś sama? Jechał ktoś za tobą? W sensie z chłopaków. Jak doszło do wypadku? Wszystko dobrze?
- Jechałam sama bo po Sama ktoś zadzwonił. Chyba Liam. Prowadziłam wolno. Miałam zielone i... na prawdę nie wiem skąd wzięło się tamto auto. Przekupiłam policjanta żeby do ciebie nie dzwonił - wyznaje mi wszystko na jednym wydechu.
- Kochanie, nie możesz ukrywać przede mną takich rzeczy, nie rozumiesz? Mogło ci się stać coś poważniejszego. Już raz to przeżyłem i więcej nie zamierzam. Chodź. Zostaw to - zabieram z jej dłoni narzędzie.
- Przepraszam za to auto.. - mówi idąc ze mną do domu.
- W dupie mam auto. Ty jesteś najważniejsza - całuję ją w skroń i prowadzę do łazienki.
Tam dokładniej patrzę na to jej oko i pokazuje mi jeszcze zadrapanie na obojczyku.
- Moje maleństwo - delikatnie całuję siniak. - Umyj ręce. Zjemy obiad i wezmę lód. Potrzymasz trochę.
- Już trzymałam - mruczy spokojnie. - To wygląda ohydnie. - zerka do lustra.
- Zniknie. Ważne, że tylko to - pocieszam ją i wychodzę. - Payne, Smith! Na dół!
Liam ma szczęście, że podają dobry powód. Inaczej mieli by wpierdol.
- Ale następnym razem nie wolno zostawić jej samej. Nieważne co się będzie dziać. Wtedy musisz znaleźć kogoś innego, Liam. Ona ma być bezpieczna. Jasne? - mówię wolno i spokojnie.
- Jasne - mówi i wraca do pracy.
Siadamy z moją żoną do stołu. Najchętniej to bym rzucił to wszystko i poleciał do Doncaster. Tam moglibyśmy pobyć sami, w spokoju. Kompletny reset od reszty świata. Może ją tam zabiorę. Jako wycieczka na rocznicę. Jestem pewien, że jej się spodoba. Uwielbia tamto miejsce. Niedługo mam ważną akcję z gangiem. Jak już coś zamierzamy zrobić to planujemy każdy szczegół. Po tym zdecydowanie przyda mi się urlop tylko z Courtney. No to postanowione. Lecimy do Anglii. I bardzo dobrze. Abby sprząta po obiedzie. Wstaję i idę na górę. Mam ochotę popływać. To mnie rozluźnia i nie słucham o przygotowaniach do urodzin.
W kąpielówkach wskakuję do wody. Od razu czuję orzeźwienie. Dobrze, że Courti nic nie jest. Nic poważnego. Inaczej nie wiem, co bym zrobił. Nienawidzę, kiedy cierpi. Sam nie wiem ile czasu spędzam w basenie, ale bardzo dobrze mi to robi.
Kiedy wychodzę, Courtney ogląda coś w telewizji. Widzę przez okno
Gdy widzę tego siniaka to aż mnie telepie. Wygląda tak niewinnie leżąc wtulona w dużą poduszkę. Jak można skrzywdzić coś tak kruchego.
Moje słoneczko. Jest taka delikatna. Naprawdę. Wystarczy, że się o coś dotknie, a już ma siniaka. Kilka razy sam zrobiłem jej siniaki podczas kochania się. Miałem wyrzuty sumienia, ale za każdym razem mówi że to nic takiego. Wiem jednak, że wtedy chce mnie tylko uspokoić. Naprawdę się staram, ale kiedy jestem w niej...jest trudno. Wycieram się i przewieszam sobie ręcznik przez szyję. Wychodzę z pływalni. Pochylam się nad żoną i całuję ją w usta. Idę się przebrać.
Ubieram dresowe spodnie i czarny podkoszulek.
Padam na łóżko i patrzę w sufit. Kurwa. Ja jednak mam szczęście w życiu. Naprawdę.  Nie mogę narzekać. Mam wszystko czego potrzebuje. Jest zajebiście. No i nikt nie ma tak cudownej kobiety. Pięknej, mądrej, kochanej i wyrozumiałej.  Słyszę jak drzwi od pokoju się otwierają. Courtney wchodzi do środka przytulajac do klatki poduszkę.
- Skończyłaś oglądać?
- Chcę się poprzytulać.. - mówi jak dziecko.
- Chodź - wyciągam ręce.
Uśmiecha się i żwawo wchodzi na łóżko zaraz obok mnie. Obejmuję ją i przyciągam do siebie. Leżymy w ciszy. Między nami jest w porządku, a to najważniejsze. Nienawidzę się z nią kłócić.
- Kocham cię - mówię cicho.
Wtula się we mnie na wpół śpiąca i po chwili całkowicie odpływa.
Całuję ją we włosy. Oglądam po cichu film, a ona spokojnie śpi.
~*~
Courtney
Nasza rocznica była jak z marzeń. Dosłownie. Nie mogłam wyobrazić sobie lepszej. Stoję na tarasie w Domu od moich teściów, owinięta jedynie cienkim kocem po upojnej nocy z moim mężem.
Pamiętam jak przyjechaliśmy tu pierwszy raz. Zaręczyny...Ja naprawdę niczego co spotkało mnie w życiu nie oczekiwałam. A dostałam.  Jestem chyba najszczęśliwszą osobą na świecie. Wreszcie mam rodzinę. Rodzinę i kochającego Louisa. Nie muszę bać się o swoją przyszłość. Nie muszę się też martwić o jutro. Z Louisem jestem bezpieczna.
- Gdzie mi uciekasz? - słyszę przy uchu.
Uśmiecham się i bardziej opatulam. Jest lipiec, ale poranki są chłodne. To Anglia, więc nic dziwnego. Musiałam się trochę przestawić.
- Stęskniłeś się już? - pytam czując jego ciepło za sobą.
- Mhm - całuje mnie po szyi, oplatając ramionami.
- Louis? - zaczynam cicho.
- Słucham? - splata dłonie na moim brzuchu.
- Nie uważasz, że teraz jest dobry czas? - mój głos jest niepewny. Nie chcę się kłócić.
- Czas na co?
- Dziecko... - szepczę.
- Nie wydaje mi się.
- Dlaczego nie?
- Czekaj, telefon mi dzwoni - całuje mnie w kark i idzie do domu.
Wzdycham i opieram się o ścianę domu. Jak ja mam go przekonać?
Nie mogę zrobić nic bez jego wiedzy. Nie wybaczyłby mi tego. Pragnę żeby on również tego chciał. Cudowny niemowlak który byłby dopełnieniem naszej miłości. Wchodzę do domu i kieruję się do kuchni. W salonie zrzucam koc, a zakładam koszulkę męża. Mam nadzieję, że ten telefon to nic ważnego. Nie chcę jeszcze wracać. Tu jest tak idealnie. Zdecydowanie. Odcięcie się od problemów i rzeczywistości. Pracy, gangu. Tylko my i Doncaster.
Związuję włosy i szukam mężczyzny chcąc się czegoś dowiedzieć.
Schodzi na dół ubrany w spodnie dresowe.
- Chodź - łapie mnie za rękę. - Zjemy śniadanie.
- Kto to był? - pytam idąc za nim.
- Liam.
- Louis wracając do dziecka... - przypominam mu.
- To dalej nie jest odpowiedni czas - podchodzi do lodówki.
- A kiedy taki nadejdzie?
- Przestań - mówi spokojnie.
- Przepraszam.. - mruczę cicho i bawię się jabłkiem leżącym w koszyku na stole.
- Musimy o tym rozmawiać? - wzdycha.
- Chciałam wiedzieć..
- Wiedzieć co? Że nie chcę? - wyciąga talerz z szafki.
- A nie chcesz? Mam rozumieć, że nie planujesz mieć dziecka?
- Mówiłem ci, że chcę. Ale dlaczego teraz? Źle ci z niezależnością?
- Dziecko to nie łańcuch.
- W pewnym sensie tak. Musi być przy nas. Ciągle
- Dobrze, rozumiem - odpuszczam widząc, że nic nie zdziałam.
- Świetnie - mruczy i już nic nie mówiąc, robi nam śniadanie.
Jemy razem w salonie oglądając jakiś przypadkowy film. Nie tak wyobrażałam sobie tą rozmowę. Chciałabym, żeby się zgodził. Ja mogę poczekać. Ale no...Louis jest coraz starszy. Poza tym... martwi mnie sam fakt, że mój mąż, mężczyzna którego kocham, nie chce mieć ze mną dziecka.
Myślę, że chodzi o coś więcej, a on nie chce mi powiedzieć. Ciągle tylko zbywa. Znowu czegoś mi nie mówi, a ja podle się z tym czuję.
- Chcesz iść dziś na zakupy? - wstaje, biorąc mój talerz.
- Jeśli ty chcesz to mogę iść.
- Ja nie chcę. To ty tu jesteś kobietą - mówi i idzie do kuchni.
- Ja też nie chcę - mówię za nim.
Wraca i siada obok mnie.
- Przestań o tym myśleć - prosi.
- Nie potrafię.
- Dlaczego?
- Bo ja pragnę tego dziecka - mówię zgodnie z prawdą.
- Ale ja się nie nadaje na ojca.
- Nie wiesz tego. Jestem przekonana że byłbyś cudowny..
- Tak, jasne - prycha.
- Ty masz swoje zdanie, a ja swoje - zakładam ręce na piersi.
- I na tym skończmy.
- Jak sobie życzysz - biorę głęboki oddech i zmuszam się do uśmiechu. Nie chce psuć wyjazdu.
- Idę na spacer - mówi po chwili. Ubrany wychodzi.
Super. Właśnie tego mi trzeba było. Dlaczego jest na mnie zły? Nie chcę żeby był.
Zakrywam twarz dłońmi. Kłótnie są niepotrzebne. Więcej nie wspomnę o dzieciach. Ani słowa więcej. Tylko proszę niech między nami będzie dobrze. Mija godzina. Kolejna. I kolejna. Oglądam, jem, czytam. Lou nie ma.
Zaczynam się naprawdę poważnie martwić. Telefon został i nie mam jak się z nim skontaktować. Ubieram się i idę go szukać. Wychodzę na ganek, a przede mną ściana deszczu. Cudownie. Rozmazana sylwetka pojawia się przede mną. To Louis.
- Gdzie ty byłeś? - pytam przerażona.
- Chcesz dziecko? Zrobimy sobie dziecko. Czemu nie? - przerzuca mnie przez ramię i wchodzi do środka.
- Louis, jesteś mok... zaraz, co? Stój. Tomlinson, zatrzymaj się i ze mną porozmawiaj.
Wnosi mnie po schodach, a zaraz potem jesteśmy w naszej sypialni.
- Louis, proszę cię.. - kompletnie nie wiem co w niego wstąpiło.
- Chciałaś dziecko - kładzie mnie na łóżku i ściąga bluzę.
- Ale ty nie - próbuję złapać jego wzrok.
- Bo jakim mogę być ojcem, co? Może będę uczyć dziecka jak się strzela?
- Misiu, proszę... Nie zgadzam się z tobą co do twojego ojcostwa, ale nie zamierzam robić nic wbrew tobie. Przepraszam, że naciskałam. - głaszczę go po policzku. Dopiero teraz zaczynam odczuwać ulgę. Nic mu nie jest. Zabije go kiedyś za to straszenie mnie.
Siada na łóżku i chowa twarz w dłoniach. Wyrównuje oddech.
Klękam za nim i przytulam go.
- Kocham cię najbardziej na świecie. Nie chcę psuć między nami czegokolwiek.
- Nie psujesz - mówi. - Nie psujesz. Po prostu się boję. Nie boję się wrogów, nie boję się zabić. Boję się nie dać rady z małym dzieckiem.
Śmieje się cicho i całuje ramię bruneta.
- Jesteś cudowny..
- Niby dlaczego? - odwraca głowę w moją stronę.
- Po prostu - całuję go. - Kocham cię.
- Ja ciebie też - mówi w moje usta.
- Przebierz się bo będziesz chory.
- Chodź ze mną pod prysznic. Kotku, proszę. Tylko kąpiel.
- Z przyjemnością - jeszcze raz muskam jego usta i wstaje idąc do łazienki.

Idzie za mną i wchodzimy pod ciepły strumień wody. Dokładnie myje moje ciało oraz włosy. Odwdzięczam mu się dokładnie tym samym. To dobre chwile…

sobota, 5 grudnia 2015

Rozdział 20

Piję kawę,  siedząc przy stole na tarasie. Mija połowa naszego miesiąca. Zamierzam iść zaraz kupić kwiaty i zrobić śniadanie. Pewnie wybierzemy się do miasta. Kupię coś Courtney. Lubię, kiedy jej oczka błyszczą. Potem pójdziemy na jacht.
Ostatnio zostaliśmy na nim trzy dni, tak jej się spodobało. Jest cudowna i teraz każdy już wie, że tylko i wyłącznie moja.
Nikt mi nie może jej odebrać. To moja żona. Kocham tego anioła. Uszczęśliwia mnie. Nie powiem, że zmienia w lepszego człowieka, bo nie robi tego. Jestem jaki jestem. Ale robi wiele innych rzeczy.
Wstaję i wychodzę z domu. Nawet je zrezygnowałem z garniturów. Tu jest tak ciepło, że codziennie ubieram krótkie spodnie. Courtney oczywiście zabija mnie swoim wyglądem w sukienkach albo spodenkach czy spódnicach. Gdy siedzimy w domu to chodzi tylko w dolnej części bikini. Zresztą zdążyliśmy się już o to pokłócić. Bo ona chcę sobie opalić cycki. Ale nie mogę jej pozwalać na chodzenie prawie nago. Tutaj praktycznie widać wszystko przez okna. A już na pewno jak leży na tarasie. Kocham ją, ale potrafi być na prawdę denerwująca.
Idę w stronę kwiaciarni. Grecja to świetne i piękne miejsce. Jestem pewien, że jeszcze tu wrócimy. Przestaję snuć te plany i spieszę się żeby zdążyć zanim mój skarb się obudzi.
Wracam do domu. W pośpiechu robię śniadanie. Podszkoliłem się w gotowaniu. Nie jest już tak źle. Układam kwiaty obok jedzenia i idę do sypialni. Dziewczyna leży w białej pościeli na środku łóżka. Przesunąłem ją, jak wstawałem.
Staję i patrzę na nią przez dłuższą chwilę. Pięknie tak wygląda.
Wyciągam telefon i szybko robię jej zdjęć. Mam już całą galerię. Nie wiedziałem, że oszaleję na punkcie dziewczyny,
W życiu bym się tego nie spodziewał. A tu proszę. Świata nie widzę poza tą nieustannie uśmiechniętą istotą.
Pochylam się nad nią i całuję ją w nosek.
- Dzień dobry - mówię.
Mruczy coś tylko i przewraca się na bok wywalając na mnie swoją nogę.
- Courtney, śniadanie.
- Zaraz.. - łapie moją koszulkę i bardziej się do mnie przybliża. Jest jak małpka.
Ona potrzebuje dość dużo czasu, aby się rozbudzić. Uśmiecham się pod nosem i całuję ją po włosach.
- Ładnie pachniesz - uśmiecha się leniwie.
- Otwieraj oczka.
- Może być jedno? - podnosi powieki.
- Zjedz śniadanie i wychodzimy póki nie jest tak gorąco - muskam jej usta i podaję tacę.
- Dokąd? - pyta powoli siadając. Przeciąga się i uśmiecha.
- Na miasto.
- Mi pasuje - całuje mój policzek i bierze się za śniadanie.
Obserwuję jak wszystko zjada. Uwielbiam ją z rana. Taka zaspana i urocza.
Całe do południa spędzamy chodząc po zakątkach Grecji.
~*~
Courtney od rana siedzi w kuchni robiąc sałatki, ciasta i sam nie wiem co jeszcze. Gabriell wyjechała do siostry na święta, ale moja żona godnie ją zastępuje. Chciałem jej pomóc, ale tylko na mnie nakrzyczała. Ona, Caroline i mama organizują całe święta. Ale Caroline ma małego Mike 'a więc moja żona chcę ją jak najbardziej odciążyć. Tak. Przegrałem samochód.
Jak się wtedy dowiedziałem, to na początku byłem zły, ale potem gratulowałem przyjacielowi. No trudno. On był pierwszy. Trzeba było wziąć to na klatę. Mały jest całkiem spoko. Nie płacze jak na filmach. Jest raczej spokojny.
- Louis pojedziesz do sklepu? - słyszę słodki głos.
Oczywiście jak coś trzeba to potrafi być przesłodka.
- Nie, bo przeszkadzam - mówię sarkastycznie, klejąc papier do prezentów. - Po co?
- Zabrakło mi jajek i majonezu. Poza tym zapomniałam kupić gorzką czekoladę, a trzeba mi dwie tabliczki - wchodzi w fartuszku do salonu. - Proszę kochanie...
- Oczywiście - mówię. - Pojadę.
- Jesteś cudowny - posyła mi uśmiech i znowu znika w kuchni. - Louis już!
Wołam do siebie Travisa. Daję mu pieniądze i wysyłam do sklepu. Kończę pakować prezenty dla młodego.
Ten to się obłapi dzisiaj wieczorem. Jedyny brzdąc. Dostanie coś od każdego i to na pewno nie będzie byle co.
- Musimy pogadać, Junior - w drzwiach staje Louis Tomlinson, znany jako mój ojciec. Trzyma jakieś produkty. Pewnie mama kazała mu przywieźć. Wygląda jak chłopiec na posyłki. Śmieję się pod nosem i odkładam nożyczki.
- Co? - od razu poprawił mi humor. Nie tylko ja jestem wykorzystywany.
- Poczekaj - prosi i idzie do kuchni. Wraca zdejmując kurtkę. - Chodzi o mojego wnuka.
- Nic mi o nim nie wiadomo - mówię teraz pakując torebkę i kolie dla mamy.
- No właśnie dlatego z tobą rozmawiam. Masz już swoje lata. Dzisiaj kończysz trzydzieści siedem. Wiesz jak to dużo? Louis, zadbaj o rodzinę. Musisz mieć potomka.
- Nie praw mi kazania - mówię nie patrząc na niego.
- Ja też się starzeję. Chciałbym poznać wnuka- ciągnie dalej.
- Chyba nie będziesz jeszcze umierał - zerkam na niego.
- Nigdy nic nie wiadomo - wzrusza ramionami.
- Pieprzy ci się w głowie na starość.
Wywraca oczami. Wstaje i otwiera drzwi Travisowi, który wrócił ze sklepu.
Courtney wychodzi z kuchni i kładzie na stół ciasteczka.
- Zrobić ci coś do picia?
- Nie trzeba - uśmiecha się do niej. - A może w czymś pomóc?
- Nie, dziękuję - szeroko się uśmiecha. - Częstuj się i powiedz czy da się zjeść.
Sięga po ciastko. Mruczę coś pod nosem, mocując się z taśmą w zębach. Kocham święta...Mój ojciec od razu zachwala, że ciastka są świetne.
Pff... Lizus. Dziewczyna wraca do kuchni, a stary znowu zaczyna.
- Taka kobieta, a ty dziecka nie potrafisz zrobić?
Rzucam taśmę na dywan i łapię nożyczki, którymi w niego celuję.
- Courtney jest zdrowa, piękna, młoda. W czym ty masz Junior problem?
- Nie wkurwiaj mnie przy Bożym Narodzeniu, ojciec - warczę i wstaję.
Wkładam prezent pod choinkę. Mruczy coś pod nosem i idzie do mojej żony. Pewnie. Oczywiście. Jeszcze matka niech przyjdzie i zacznie swoją litanię. No naprawdę...Widzę, że wychodzi z kuchni. Jezu! Żartowałem tylko! Szybko wbiegam na górę.
Reszta schodzi się koło piątej.
Wszystko jest gotowe. Kobiety się postarały. Ubieram się w garnitur.
- Misiu, pospiesz się - mówi Courtney zakładając szpilki.
Ma na sobie czarną sukienkę opijającą jej talię. Podchodzę do komody. Naciskam szufladę, a ta otwiera się. Wyciągam granatowe pudełko od jubilera. Podaję je mojej żonie. Patrzy na mnie i bierze podarunek. Niepewnie go otwiera.
Wyciąga z pudełka kolię z diamentami z białego złota.
- Piękna. Dziękuję - kładzie dłoń na moim karku i mnie całuje.
Krótko, delikatnie oddaję pocałunek. Naprawdę niewiele mi potrzeba, aby ściągnąć z niej tę sukieneczkę i rzucić na łóżku. Jest bardzo kusząca. To będzie długa kolacja…
Biorę od niej naszyjnik i zawieszam na szyi. Wygląda ślicznie. Jest najdroższa na świecie. Moja żona oczywiście. Gotowi schodzimy na dół gdzie wszyscy już czekają. Oczywiście już na wejściu Courtney dorywa się Mike'a. Mały ma prawie pięć miesięcy i dwa zęby. No nieźle...Lubi być u nas. Ojciec go często zabiera, jak pracuje. Mi to nie przeszkadza. Courti się nim opiekuje.
Lubi nasz nowy dom. Od kiedy się tu przeprowadziliśmy, dba o ogród i ogólny wystrój. Chciałem, żeby tak było. Że zaczniemy nasze wspólne życie w naszym domu. Ona chce dziecka. Wiem o tym. Wole jednak udawać, że tego nie widzę. Nie wiem czy już odpowiada mi rola ojca. Nie chcę, aby cały świat skupił się na dziecku. Ona jest młoda...Za młoda. A ja chętnie poczekam.
Ma małego Horana i koty. Niech im poświęca uwagę i czułość macierzyńską.
Na razie wystarczy. Prowadzimy gości do salonu. Liam z narzeczoną również są obecni.
Podchodzę do Harry'ego.
- Nie martw się - klepię go po plecach. - Mogę kupić ci psa.
- Zabawny jesteś - mruczy w moją stronę i zajmuje swoje miejsce przy stole.
Jako pan domu, jestem zmuszony odmówić modlitwę. Moja rodzina jest wierząca, wierzymy w Boga. Po prostu mamy inne zasady, jeśli chodzi o dekalog. Ta...
Wszyscy siadają do stołu i rozpoczyna się wieczerza, której towarzyszą żywe rozmowy. Bawię się serwetką i patrzę w okno. Nikt nie zauważa, kiedy wychodzę do ogrodu. Boję się, że wyjdzie temat dziecka i Courtney będzie chciała o tym rozmawiać. A ja nie chcę jej ranić. Łatwiej to ignorować.
- Louis? - na tarasie pojawia się Caroline. - Wszystko w porządku?
- Tak - zapewniam ją. Horan też dobrze dba o swoją żonę. Bardzo ładnie wygląda.
- Nie chcę cię pouczać, ale chyba powinieneś wrócić do środka - kładzie ręke na moim ramieniu.
- Zaraz wrócę - całuję ją w policzek.
Dziewczyna uśmiecha się, kiwa głową i wraca do środka. Chyba już nie chce mnie zabić. Mam nadzieję. To by było spore ułatwienie w codziennym życiu. Biorę głęboki oddech. Nie palę. Nie zapalę. Rzuciłem to. Tak. Właśnie. Wracam do salonu.
Na stole pojawił się już alkohol i zrobiło się znacznie weselej.
Mama podaje mi Mike'a i biegnie do kuchni pewnie po jakieś ciasto. Trzymam to dziecko drugi raz na rękach.
Patrzy na mnie machając rękami. Śmieje się identycznie jak jego ojciec.
- Masz ładne oczy - mówię, poprawiając go. Podchodzę do choinki i pokazuję mu bombki.
Słucha uważnie wszystko co do niego mówię. I co drugie moje słowa głośno się śmieje.
Ten to ma dobry humor. Podrzucam go i łapię. Jest kochany.
Czuję na sobie czyjś intensywny wzrok. Okazuje się, że należy on do mojej żony. Uśmiecha się delikatnie patrząc na nas. O nie...O nie. Muszę jak najszybciej go odłożyć. Jest świetny, ale...Dla swojego dobra.
Równo o jedenastej Courtney podchodzi do mnie i łapie za rękę. Wszyscy już poszli. Zostali jedynie domownicy. Dziewczyna bez słowa prowadzi mnie do garażu. Wchodzimy tam i zauważam auto przykryte plandeką.
- Nie zrozum tego źle. Chłopcy powiedzieli, że to ten model. Nie chodzi o to, że żałuję pieniędzy, po prostu chciałam żebyś miał coś swojego. Do czego uciekniesz jak będę cię denerwować...Będziesz mógł dać się temu pochłonąć. A jak już go złożysz to zabierzesz mnie na przejażdżkę. - odsłania plandekę i moim oczom ukazuje się stary Chevrolet Corvette. Do generalnego remontu. Jednak już jestem w stanie zobaczyć jego możliwości.
Zdumiony podchodzę do samochodu. Po prostu nie wierzę, że moja zona wpadła na taki pomysł. Na świetny pomysł. Ten prezent jest idealny. Nie mogłem dostać lepszego. Rzeczywiście to będzie dobra odskocznia. Odwracam się do Courti.
- Dziękuję - całuję ją w policzek.
- Nie podoba ci się - stwierdza zmartwiona
- Podoba mi się. Dlaczego tak mówisz? To świetny prezent. Nigdy czegoś takiego nie dostałem.
- Na pewno? - uśmiecha się.
- Na pewno - dotykam palcem jej noska.
Widocznie oddycha z ulgą, a jej oczy całe błyszczą.
Biorę Courtney na ręce. Kręcę nią wokół własnej osi.
- Najlepszego, misiu - łapie moją twarz w dłonie i całuje.
Oddaję pocałunek bardzo jej spragniony... Courtney stoi w naszej sypialni. Podchodzę do szafki i włączam jej ulubioną płytę. Rozpinam koszulę, wracam do żony. Odwracam ją i sukienkę powoli zsuwam z jej ciała.
Zdecydowanie sprawiła sobie nową bieliznę gdyż jestem pewien, że ten komplet bym zapamiętał
- Wizyta w Victoria Secrets? - całuję ją w kark.
- Być może… - odwraca się w moją stronę i składa pocałunek na środku torsu.
- Zsuń koszulę i spójrz na miejsce blizny.
- Coś z nią nie tak? - pyta zaniepokojona.
- Sama zobacz.
Pozbywa się materiału i robi krok do tyłu. Blizna została przykryta tatuażem. Oczywiście jest to imię mojej cudownej żony.
- Louis, ty.. - brakuje jej słów. Robi jeszcze kilka kroków do tyłu cały czas patrząc w to jedno miejsce.
- Zaraz wejdziesz w fotel.
Rzeczywiście tak się dzieje. Jak nogi się uginają i ląduje na meblu. Na jej twarzy miesza się szczęście i frustracja.
- Jesteś zła - bardziej stwierdzam niż pytam.
- Nie.. po prostu głupio się czuję.
- Dlaczego? - podchodzę do niej i kucam przy jej nogach.
- Mówiłeś kiedyś, że nie bardzo chciałbyś żebym robiła sobie tatuaże...Zrobiłam, ale przy twoim to nic. Wręcz jest mi wstyd..
- Courtney - teraz to mi ciśnienie skacze. - Twoje ciało jest nieskazitelne. Nie musiałaś tego robić.
- Ale to nic. Przy twoim to nic... - szepcze wyłamując sobie palce.
- Kotku - łapię jej dłonie. - Pokaż mi.
Wstaje i moja twarz jest na wysokości jej bioder. Zsuwa lekko majtki i zauważam datę rzymskimi literami napisaną na tle literki L. Całość jest pewnie wielkości połowy mojej dłoni.
- Czy tatuażysta był kobietą? - pytam, dotykając ustami prezentu.
- Louis to na prawdę nie jest teraz ważne - śmieje się nadal będąc trochę smutna.
- To jest bardzo ważne. Podoba mi się. Jest wyjątkowy.
- Wiesz co to za liczby prawda? - pyta cicho. - Zaprosiłeś mnie na kolację. Wtedy cię poznałam.
- Wiem - wstaję i przyciągam moją żonę.
- Ale sam popatrz na siebie... a na to coś…
- Przestań - Proszę. - Twój tatuaż jest cudowny.
- Nie wiem jak ty to robisz... To boli - wreszcie szczerze się uśmiecha.
- To boli, a przede wszystkim w miejscach bardziej unerwionych.
- Nieważne - mruczy i przyciąga mnie do kolejnego pocałunku.
Kładę ręce na jej biodrach. Powoli zsuwam skąpe majtki.

Tego wieczoru wszystko dzieje się niespiesznie i wyjątkowo czule. Chyba oboje tego właśnie potrzebowaliśmy. Kochamy się powoli. Nigdzie nie spieszymy. Do rana jestem tylko ja i ona. Ona i ja. My.