niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 17

Piach unosi się, kiedy czerwone auto parkuje obok mnie na starcie. Wysiadam i poprawiam skórzaną kurtkę. Rozglądam się wokół. Siedem samochód wraz z moim jest już gotowych. Przyszło tyle osób, tyle dziewczyn, ale tak naprawdę nic prócz wygranej mnie nie interesuje. Ktoś zginie? Trudno. Taka jest moja praca. Zabijam jak trzeba. Odwracam się do Liama. Z Courtney został Niall i Harry. Wolałem zostawić z nią zaufane osoby. Dalej nie wiem kto może być wtyczką i to bardzo mnie denerwuje. Brunetka oczywiście nie wie nic oprócz tego co powiedziałem jej od razu. Tak lepiej. Po co ma się denerwować? Przecież wrócę. Nie zamierzam znów wylądować w szpitalu. A na pewno nie w kostnicy.
Nie ma mowy. Nie po to wydawałem tyle kasy na pierścionek żeby się z nią nie ożenić.
Podchodzę do przyjaciela.
- Pamiętaj, ma o niczym nie wiedzieć - przypominam mu.
- Wiem. Przecież wiem - on też jest zdenerwowany.
Klepię go po ramieniu i wsiadam. Nie ma na co czekać. Każdy zajmuje miejsce. Włączam GPS. Robię to dla mojej Courtney.
Przed samochodami staje skąpo ubrana blondyna. Kilka sekund i.... START. Naciskam pedał gazu. Mój wzrok błądzi od lusterka bocznego po tylne oraz szybę. Muszę wszystko kontrolować. Ręką zmieniam biegi. Dogania mnie czarny McLaren. A więc…Kurwa mać. Malik. To on. Właśnie z nim rywalizuje. Jak mogłem się nie zorientować? Wróg od pokoleń. Jego ojciec nienawidził mojego. Mój w końcu go zabił, a teraz Zayn chce zemsty. Jezu. Jak wiele się wyjaśniło. Tylko dlaczego akurat teraz, gdy muszę się skupić?!
Wszystko to jest jednym gównem. Wściekły jeszcze przyspieszam.
Kolejny zakręt, kolejna ulica. Gnamy przez Miami, nie bojąc się konsekwencji. Trasa zdecydowanie nie należy do łatwych. Cały czas trzeba być czujnym.
Wjeżdżamy na drogę, gdzie normalni ludzie wręcz spacerują tymi autami. Wyprzedzam jedno za drugim nie mogąc pozwolić, aby Zayn wygrał. Dwa auta za mną poszły już w cholerę.
Uśmiecham się pod nosem wiedząc, że to już ostatni odcinek. Zayn uderza bokiem o mój samochód. Raz. Drugi. Trzeci. Zaraz go zabiję.
Oddaję mu znacznie brutalniej. Mam go serdecznie dość. Nie udaję mi się go wyprzedzić. Równo, co się nie zdarza przejeżdżamy metę. Wyłączam silnik i szybko wysiadam z auta. Dopadam Malika i zaczynam okładać pięściami.
Czuję, że wokół wzbiera się tłum. Wiem, że są tu zarówno moi, jak i jego ludzie.
Jestem tak wściekły, że nawet nie za bardzo boli mnie to jak uderza.
- No to który ode mnie jest twój, co? - warczę przyduszając go.
Uśmiecha się tylko i kręci głową. Odciągają mnie od niego
- Kurwa, nie - wyrywam się. Zabiję gnoja.
Chłopcy powstrzymują mnie pokazując nadchodzących ludzi Zayna. Warczę i wsiadam do samochodu. Jadę jako pierwszy. Reszta za mną. Ocieram krew z nosa.
Nie wiem jeszcze jak, ale pozbędę się go szybciej niż się zorientuje.
To jest moje miasto i ja tu rządzę. A on niedługo zdechnie. Taki morał. Wjeżdżamy na posesję i parkujemy auta.
Wychodzę, trzaskając drzwiami. Nic nie załatwiłem. Remis z Zaynem mnie nie satysfakcjonuje. Dalej nie wiem kim jest ta pierdolona szumowina, która dział na dwa fronty.
Jak dorwę to kurwa zamorduje. Przez gardło mu flaki wypruję.
Wpadam do domu i idę od razu na siłownię. Harry do mnie dołącza i trenujemy na ringu. Uspokajam się.
Przynajmniej trochę wyładowuje nerwy. Stłuczony bark i obita twarz nadal jednak dokuczają.
- Dobra, nie dam rady więcej - poddaję się w końcu. Wchodzę do łazienki i obmywam twarz zimną wodą. Ściągam koszulkę.
Prysznic to właśnie to czego potrzebuje moje ciało. Z ręcznikiem wokół bioder idę do sypialni. Tak późno, a Courtney nie śpi. Nie ma jej tutaj nawet.
Zakładam spodnie dresowe i zbiegam na dół. Okej. Gdzie ona znowu poszła? Powinna spać.
Dopiero gdy wracam do naszego pokoju gdzie leży kartka na jej sekretarzyku.
"Jestem u twoich rodziców. Nie wiem na ile. Nie życzę sobie twojej wizyty "
- KTÓRY JEJ KURWA POWIEDZIAŁ?! - wychodzę na korytarz.
Na korytarzu zderzam się z Travisem. Dostrzega kartkę w mojej ręce i przełyka ślinę.
- Dostała link. Oglądała cały wyścig, a potem jeszcze walkę..
- Prosiłem chyba, prosiłem! Pojebało was? - warczę. - A ktoś raczył jej powiedzieć czemu biorę udział w tym wyścigu? Zgaduję, że nie. Brawo.
- Szefowa ją zabrała. - świetnie. Czyli na dodatek rano czeka mnie kazanie od matki.
- Wyrzuć to - rzucam mu kartkę i wracam do salonu.
Biorę szklankę z whisky i siadam na kanapie.
Mogę sobie dzwonić, a i tak nie odbierze. Wolę się już nie denerwować. Harry postanawia mnie upić i tak się staje. Wdzięczny odpływam.
Otwieram oczy z bólem głowy. Kanapa nie jest taka wygodna.
Wszystko z wczoraj wraca. No dobra. Nowy dzień, nowe pomysły.
Podnoszę się i przecieram twarz dłońmi. Zaraz jęczę z bólu. Muszę jechać do rodziców.
Idę do kuchni gdzie dostaje magiczny koktajl na kaca od Gabriell.
- Dziękuję - mówię wdzięczny.
Posyła mi uśmiech i wraca do gotowania. Wypijam to coś i idę się przebrać. Przyzwoicie ubrany jadę wreszcie do rodziców. Mamy parę spraw do wyjaśnienia. Mam przynajmniej pewność że ojciec stanie po mojej stronie.
Chodzi o dobro. Nie ryzykowałbym bez celu. Może niczego się nie dowiedziałem oprócz tego, że za wszystkim stoi Zayn.
Rodzice nie mieszkają bardzo daleko. Tata nie oddaliłby się. On musi wszystko wiedzieć i kontrolować. Przecież Louis sobie nie poradzi...Na samą myśl wywracam oczami.
Parkuję pod sporą, ale stonowaną willą i wchodzę do środka.
- Cześć, tato - mówię. Dobrze, że dzisiaj sobota. Wszyscy w domu.
- Junior ani się waż – mama wylatuje przede mnie zanim ojciec zdąża powiedzieć chociażby słowo.
- Kiedy ja nic nie zrobiłem. Nie jestem niczemu winny. Wiedziała, że biorę udział w wyścigu. Po prostu nie wiedziała wszystkiego. I tak, musiałem. Przynajmniej teraz wiem, że nasz kochany Zayn chce mi odebrać narzeczoną. Taki szczegół.
- Po prostu daj jej spokój - dodaje, a ojciec wywraca oczami.
- Czemu mam jej dawać spokój? - pytam chłodno. - Bo co? Bo się obraziła? To chyba jednak trochę dziecinne. Skończ - odsuwam ją i siadam obok seniora.
Ten tylko się śmieje. Klepie mnie po plecach i podaje papierosa.
- Dziękuję, nie palę - odmawiam.
- Pantoflarz - prycha i sam wkłada fajkę do ust.
- No sam popatrz co się dzieje, jak wyjdziesz spod obcasa.
- Nie w domu - mama zabiera mu papierosa, a ja zabijam go śmiechem.
Jednak on też nie ma łatwo. Zawsze wiedziałem, że tylko zgrywa pana i władcę. Mama rządzi nim kompletnie.
- Mamy problem. W gangu jest szczur i nie mam pojęcia kto nim może być. Ale to ma sens. Ktoś za dużo rzeczy wie. Malik nie chciał powiedzieć, za szybko pojawili się jego ludzie - mówię do ojca.
- Więc trzeba dorwać zarówno jego jak i tego kreta.- mówi po zastanowieniu. - Szczerze sam nie wiem kto to może być.
- Tato, nie powiedziałeś nic nowego - śmieję się ironicznie.
- Synu, błagam - nienawidzi gdy nie jestem poważny w danych momentach.
- Proszę cię o pomoc. Mam za dużo na głowie. Firma, Zayn, ślub. Na seks nie mam czasu. Mówię ci, porażka.
- Na seks? Gościu po wczoraj masz jesz co najmniej dwa miesiące z głowy. Nieużywane zanika synu.
- Ale ja nic jej nie zrobiłem,  do jasnej cholery - warczę już wściekły. - Czasami mogłaby pomyśleć o własnym tyłku.
- To sprawa między wami - mówi patrząc sugestywnie na schody po czym przytrzymuje mamę na kolanach.
- Pewnie - wstaję i idę na górę.
- Louis puść mnie! - słyszę za sobą. Ignoruje to i idę do sypialni gościnnej.
- Chyba musimy pogadać - opieram się o framugę. - Czyli zrobić to, czego ty nie zrobiłaś.
Nie słyszę odpowiedzi. Żadnego ruchu tez nie.
- Courtney, kurwa mać.
Zniecierpliwiony wchodzę do środka. Ona śpi, ze słuchawkami w uszach. Moje serce topnieje. To zbyt słodki widok. Podchodzę do niej i przykrywam.
Złość się ulatnia, a na jej miejscu pojawia się smutek i żal. Siadam na łóżku, patrząc na narzeczoną. Jestem taki zmęczony problemami z bezpieczeństwem. Chcę spać spokojnie i wiedzieć, że nic jej nie grozi.
Czuję jak się wierci i po chwili otwiera oczy. Dostrzega mnie i od razu siada wyciągając słuchawki.
- Musimy porozmawiać - odpowiadam. - Musiałem tam jechać.
- Nie chcę z tobą rozmawiać. - mówi chłodno, a jej oczy zaczynają się szklić. - Dlaczego chcesz się ze mną ożenić? Jaki sens ma nasz ślub? Nasze maleństwo? Przecież nie traktujesz mnie poważnie - ociera łzy, wyraźnie nie chcąc przy mnie płakać.
- Co? Kochanie, co ty wygadujesz? - próbuję złapać ją za rękę. - Traktuję cię poważnie, nie chcę cię jedynie martwić. Dużo przeszliśmy przez ostatnie miesiące, zrozum. Muszę cię chronić.
- Nie czuję tego tak. Masz mnie za głupią dziewczynkę.
- Courtney, przestań - mówię zmęczony. - Nie mam, dobrze? Po prostu nie chcę cię martwić, tyle. Przeżywasz to trzy razy mocniej.
- Znów nic mi nie powiedziałeś. Chcę Cię móc chronić jak ty mnie, ale mi nie pozwalasz.
- Myszko, ale ty nie możesz mnie chronić, bo to nie ja jestem w niebezpieczeństwie. To ciebie chcą mi odebrać, a na to nie pozwolę.
Spędzamy w sypialni prawie cały dzień rozmawiając. Wieczorem zabieram ją do domu. Czuję dużą ulgę. Wolę, kiedy ona jest przy mnie. Obok. Najbliżej jak się da. Mam ją na oku i to sobie najbardziej ufam w tej kwestii.
Prowadzę ją do sypialni. Biorę z komody katalogi i rozkładam je na łóżku.
- Nie próbuj nagle udawać zainteresowanego. - pociąga noskiem.
- Jestem zainteresowany, poza tym to dobre zajęcia na oderwanie się od rzeczywistości - dotykam jej policzka.
Znowu podciąga nosem i go marszczy co jest nad wyraz urocze.
Muskam palcami jej brodę, a potem delikatnie ją całuję. Siada między moi nogami. Opieram głowę o ramię dziewczyny, aby lepiej widzieć. Otwiera pierwszy katalog i bez słowa powoli przewraca kartkę po kartce.
- A co wybieramy? - pytam.
- Zastawę... - odpowiada cicho.
- Dobrze - przyglądam się podanym przykładom.
Są przeróżne kolory, wzory. Ciężko się zdecydować.
- A może białą? O te talerze kwadratowe - proponuję.
- Są ładne - przytakuje.
- No dobrze. A chcesz mieć wesele w jakiejś restauracji, na jachcie, na wyspie, czy u nas w ogrodzie?
- Zgodziłbyś się na ogród? - odwraca twarz w moją stronę.
- Ja? Oczywiście, że tak. Kocham nasz ogród, sama wiesz.
- Więc ogród. - odkłada zdjęcia sal i lokali.
- Na pewno? To ma być wyjątkowy dzień, wiesz o tym.
- W ogrodzie będzie idealnie.
Całuję ją w szyję. Bierzemy się za dekoracje. Wybieramy styl do namiotów. Kwiaty. To nawet nie takie złe jak myślałem. Unikałem tematu, a tu proszę... Fajna zabawa. Podoba mi się. Wszystko ustalamy razem, bo to nasz ślub.
- A kiedy chcesz projektować suknię? - pytam.
- Nie wiem. Wyparowały mi wszystkie pomysły na nią.
- Jak chcesz to mogę cię zmotywować - mruczę jej do ucha. - A tak poważnie, to jesteś księżniczką. Musisz wyglądać jak księżniczka.
- Dziękuję. Jeszcze coś znajdę.
- Umówię jutro projektantkę, pomoże ci - całuję ją w kark o wstaję.
- Dziękuję za te katalogi - patrzy za mnie. - Było fajnie.
- Mi też się podobało - mówię szczerze. - Pójdę wziąć prysznic i przyniosę kolację.
- Nie. Poczekam na ciebie w jadalni.
Kiwam głową i wchodzę do łazienki. Biorę szybki prysznic. Zakładam jedynie dresy i idę do swojej dziewczyny. Siadam przy stole, a Gabriell podaje nam kolację. Jestem tak głodny, że zjem wszystko. Nakładam kawałek kaczki na talerz Courtney, potem sobie i zaczynamy jeść. Zastanawiam się, gdzie mogę zabrać ją w podróż. To sam zaplanuję. Chcę, aby miała niespodziankę. Nie może o niczym wiedzieć.
- Możemy pójść potem na spacer? - pyta cicho.
- Tak - odpowiadam.
Uśmiecha się delikatnie i wraca do jedzenia.
Przeczesuję mokre włosy palcami. Liama nie ma. Kazałem mu znaleźć Zayna. Pojechał z połową gangu. Może coś załatwią. Byłoby znacznie lżej.
Skupiłbym się tylko na naszym ślubie. Teraz to jest priorytet. Chcę wreszcie skończyć te kryzysy. Jeden za drugim. Pora zacząć nowy, lepszy etap.
- Idziemy?  - pytam, wstając.
- Tak. - sprząta trochę i zakłada trampki. Wychodzi, a ja zaraz za nią.
Patrzę na Harry'ego. Ten kiwa głową i idzie za nami, ale zostawiając przestrzeń. Idziemy się przejść po całym terenie.
- Nie wiesz jak czuję się Caroline? - pyta dziewczyna.
- To twoja przyjaciółka.
- Nie rozmawiałyśmy ostatnio. Nialla też nie widziałam. - łapie delikatnie moją dłoń.
- Dlaczego? - pytam zdziwiony.  - Przecież Niall ciągle się gdzieś tu kręci. A ja z Caro nie rozmawiam. Ona mnie nie trawi. Całe zło to moja wina, według niej.
- Narażasz życie jej męża - tłumaczy.
- On nie jest dzieckiem, Courtney - patrzę na nią.
- Wiem. Nie denerwuj się…
- Nie jestem zdenerwowany. Chcesz rozmawiać o Horanach?
- Przepraszam. Już nie będę.
- Dziwnie się zachowujesz - stwierdzam zaskoczony.
- To znaczy? - unosi głowę i patrzy na mnie.
- Jesteś speszona i nieśmiała. Misiu, to nie ty. Ty zawsze mówisz to co myślisz i gadasz jak najęta.
- Sama nie wiem - marszczy brwi.
Obejmuję ją ramieniem. Naprawdę jest jakaś nieswoja. Nie śmieje się. Nie uśmiecha. Spacerujemy ponad godzinę. Przewagę w ciszy. Siadam z nią na ławce. Cały czas przytulam.
- No mów, co się dzieje - proszę.
- Nic. - opiera głowę o moje ramię.
- Coś musi być. Jesteś smutna.
- Nie jestem - zapewnia mnie. - Może nie wyspana.
- No dobrze - odpuszczam.
- Kocham cię. Bardzo kocham - całuje moje ramię.
Odchylam głowę i patrzę w gwiazdy. Jedno dla mnie zrobiłeś. Dałeś mi ją.
- Wracajmy - prosi widząc, że nie za bardzo klei się między nami rozmowa.
Wstaję i ją biorę. Niosę narzeczoną do domu. Kieruję się od razu do łazienki. Stawiam dziewczynę na dywaniku.
- Wykąp się - całuję ją lekko.
- Zdecydowanie wolę prysznic - mówi zdejmując spodnie.
Zostawiam ją. Idę zadzwonić do Nialla. Dowiem się czegoś.
- Poleciał do Europy - to pierwsze co mówi po odebraniu.
- Cześć. Fajnie. Super. A kto poleciał za Malikiem?
- Sam u Trevor. Będą mieć go na oku.
- Co u ciebie? - chodzę po sypialni.
- Właśnie wracamy
- Nie o to pytam, Niall. Nie wkurzaj mnie tylko udziel informacji.
- Co? O czym ty gadasz?
- Pytam się co u ciebie. U was. Czy coś. Przywieź żonę niedługo.
- Dobra. Ostatnio była tydzień u rodziców.
- Kłótnia czy odwiedziny?
- Odwiedziny - śmieje się się. - Przywiozę ją jutro po południu.
I oto mi chodziło. Rozłączam się i idę na dół. Jezu, ja ostatnio coraz więcej jem. Nigdy nie lubiłem, a teraz? Prawie jak kobieta w ciąży.
Ciąża. Może ona jest w ciąży? Ten humor. Płacz, zmęczenie. W ostatnim czasie nie widziałem jej nago. Zamieram przy otwartej lodówce. O Boże. Mam nadzieję, że nie. To nie jest czas na dziecko. Nie chcę mieć teraz dzieci. Wykluczone. Biorę tylko jogurt i cały czas o tym myśląc wracam na górę. Pijąc, wchodzę do sypialni. Błagam. Zabezpieczamy się.
Courtney właśnie wchodzi do środka zawiązując szlafrok.
- Kiedy będziesz mieć okres? - pytam, zakręcając butelkę. - Nie spocisz się przypadkiem?
- Wywiad robisz? - unosi brwi rozbawiona.
- Muszę wiedzieć, kiedy masz czerwone światełko.
Zaczyna się śmiać i stuka się w czoło.
- Na razie nie mam.
Kiwa głową i odstawiamy jogurt. Idę umyć zęby, po czym do niej dołączam. Kładziemy się i dostaję od brunetki długiego całusa.
- Jutro przyjedzie Caroline - jeżdżę ręką po jej plecach.
- Fajnie. Stęskniłam się za nią.
- No jak urodzi to raczej nie będzie mieć czasu.
- Przesadzasz - przejeżdża dłonią po mojej klatce i całuje mnie w nią.
- Taka prawda. Dziecko, pieluchy, Niall który pracuje. Dużo problemów.
- Uważasz, że dziecko to problem? - pyta smutno.
- Dziecko samo w sobie nie. Ale dużo rzeczy z nim związane to problem.
- Więc... nie chciałbyś dziecka? - podnosi się na łokciu i patrzy na mnie.
- Chciałbym - odpowiadam.
- To dobrze - uśmiecha się i zajmuje poprzednią pozycję.
Całuję ją w czoło. Ktoś musi przejąć biznes. Potrzebuje potomka. Tyle, że teraz mi się nie spieszy.

Courtney zasypia, a ja dosłownie chwilę po niej. Kolejny ciężki dzień dobiegł końca.

wtorek, 3 listopada 2015

Rozdział 16

UWAGA MISIE. KOMUNIKAT.
WCHODZIMY NA SPECTRE I CZYTAMY :)


Zegarek wskazuje już dziesiątą wieczorem. Moje oczy zamykają się przez zmęczenie, jednak ja staram się skupić na dokumentach przede mną. Jeśli tego nie dopilnuję, kontrola się przyczepi. Nie chcę mieć takich problemów. Mogę kraść, ale jeśli mam się bawić z urzędnikami, to podziękuję. Naprawdę.
Przecieram twarz ręką i bawię się długopisem. Zerkam na komputer. Wzdycham i wpisuję odpowiednią frazę. Wtedy włącza mi się jakaś dziwna wiadomość. Mrużę oczy, łapiąc myszkę.
„WOJNA GANGÓW. PRZESTANIESZ BYĆ KRÓLEM MIAMI. JEŚLI CHCESZ OCALIĆ NARZECZONĄ, WEŹMIESZ UDZIAŁ W WYŚCIGU „JEDŹ ALBO GIŃ”.  CHYBA MASZ KRETA W SWOJEJ DRUŻYNIE”.
Krew jasna mnie zalewa. Nie ma chwili spokoju. Między mną, a Courtney jest w porządku. Moje zdrowie ma się dobrze. To kurwa musiało coś wyskoczyć.
Trzaskam monitorem i zrzucam laptop z biurka. Jaja sobie robisz? Patrzę w sufit. No kurwa co ci zrobiłem?! Chodzę po gabinecie analizując to wszystko. Od razu karze Liamowi sprawdzić IP z jakiegoś przyszła ta wiadomość.
Podaje mi jakiś randamowe miejsce. Komputer publiczny. Niech ktoś sobie wyobrazi jak teraz wyglądam.
Wiem, że muszę się uspokoić bo zaraz wpadnie tu Courtney i dopiero dostane za nerwy.
Uparła się, że przyjedzie po mnie z Travisem. Mogła by się po uczyć. Trzeci rok to nie bagatela. Ale jej i tak dobrze idzie. Nie muszę się martwić.
Obstawiam, że na koniec dostanie jeszcze wyróżnienie. Moja pilna uczennica...
Uśmiecham się pod nosem i rozluźniam. Jakoś rozwiążę ten problem. Przecież zawsze znajduję wyjście z sytuacji. Przeczesuję włosy palcami i chowam zrobione już dokumenty do szafki w regale. Zbieram z podłogi zniszczony laptop. Będę musiał kupić nowy. I to jak najszybciej. Inaczej może mi być ciężko pracować. Odkładam urządzenie na biurko kiedy do gabinetu wchodzi moja dziewczyna.
- Cześć - mówię, zasłaniając sobą komputer. Uśmiecham się do niej.
- Cześć, słońce - podchodzi do z wielką reklamówką. - Wiesz co tu mam?
- Nie mam pojęcia - rozkładam ręce. - Co takiego?
- Chcesz żebym ci powiedziała? Jak bardzo tego chcesz?
- Bardzo - przyciągam ją do siebie zdecydowanym ruchem.
- Katalogi, Louis. Trzeba wybrać zaproszenia, dekoracje, salę.... - nakręca się.
- Stop - zatykam jej usta ręką. Odwracam ją w stronę drzwi i wychodzimy.
Łapie się mocno mojego ramienia i posyła uśmiech każdemu napotkanemu po drodze pracownikowi. Niewiele ich pozostało ze względu na tak późną godzinę. Wychodzimy z firmy. Prowadzę ją do lamborghini, którym przyjechała.
- Do domu? - pyta kiedy zajmuje miejsce obok niej.
- Tylko tam - odpowiadam.
Uśmiecha się i ja ruszam. Całą drogę słucham o naszym ślubie. Jestem zmęczony, ale staram się nie zasnąć. Interesuje mnie to, naprawdę. Chociaż od zaręczyn minął nie cały miesiąc, Courtney jest taka szczęśliwa. Dojeżdżamy na miejsce kiedy dziewczyna kończy opowiadać o smakach tortów.
Wysiadam i obchodzę auto. Otwieram narzeczonej drzwi.
- Orzech odpada, bo twój tata jest uczulony, prawda? - znowu przytula się do mojego boku.
- Tak - odpowiadam, idąc z nią do wejścia. - Harry, kup mi komputer - mówię mijając go w holu.
- Po co ci komputer? - pyta dziewczyna.
- Nieważne - całuję ją w policzek.
Ściągam marynarkę i idę do kuchni. Robię ziółka. Gdy one się parzą, szukam w lodówce czegoś na szybko. Decyduję się na resztę zapiekanki z wczoraj. Gabriell jest chora od trzech dni. Radzimy sobie sami. Courtney radzi sobie w kuchni bardzo dobrze, choć nie lubi gotować.
Tyle, że ona ma zajęcia i nie za bardzo na to czas. No,ale niedługo kucharka wróci. Całe szczęście. Będzie łatwiej. Idę z talerzem do salonu i włączam mecz. Chyba jakaś powtórka. Nie wiem. Nie jestem na bieżąco, przez natłok pracy.
Odwracam głowę i sprawdzam, gdzie Courti. Pewnie na górze. Bierze kąpiel lub na prawdę ogląda te pierdoły mając dylematy życia. Jest mi to obojętne. Tak szczerze. Nie obchodzi mnie to. Ważny jest ślub z nią. Ale jej zależy na oprawię i nie mam nic przeciwko. To kobieta. Takie drobne rzeczy są dla niej ważne. W porządku. Chciałbym po prostu mieć z tym jak najmniej wspólnego.
Myślałem, żeby wesele zrobić w ogrodzie. Rozstawi się namioty, będzie pięknie. W końcu ogród mam idealny.
Z jej strony będzie co najwyżej kilka znajomych ze studiów. Myślę, że to może być dla niej ciężkie. Moja rodzina jest jej rodziną. Ona to wie. Ale jednak...Nie będzie jej rodziców.
- Kochanie? - słyszę za plecami.
Odwracam się do niej. Dziewczyna stoi na schodach w koszulce nocnej, której jeszcze nie widziałem. Kładzie dłoń na biodrze. Drugą podpiera się i ścianę i posyła mi uśmiech.
Zamieram z widelcem w ustach. Kurwa mać. Chyba okres jej się skończył. Wygląda seksownie. Co za nowość, nie? Jak zwykle jej widok mnie podnieca.
- Ciekawy ten mecz? - pyta obojętnym głosem jeżdżąc palcem po swoim udzie.
- Nie - odkładam talerz i podnoszę się.
- No cóż… - drapie się po ramieniu i strąca jedno ramiączko.
- Chcesz się pieprzyć? - pytam szczerze.
- Można subtelniej, wiesz? - tupie nogą.
- Rżnąć? - idę w jej stronę.
- Nie bądź wulgarny.. - pokazuje na mnie palcem, ale widzę, że ją to kręci.
- Wulgarny, mówisz? Przecież chcesz, żebym w tobie zamoczył - staję przed dziewczyną.
- Louis... - mówi ostrzegawczo.
Unoszę brew do góry. Kładę ręce na jej biodra. Podnoszę ją i niosę do łóżka. Jestem padnięty. Po drodze cały czas mnie całuje. Oczywiście najwięcej uwagi otrzymują usta.
Jest słodka. No i czuję, że stęskniona. Niestety będę musiał jej odmówić. Nie jestem w stanie ze zmęczenie. Poza tym ta wiadomość...Kurwa. Wchodzę do sypialni i stawiam dziewczynę na materacu.
- Kochanie, jest prawie pierwsza w nocy - rozpinam koszulę. - Może lepiej chodźmy spać.
- Nie chcę spać - przyciąga mnie bliżej.
- Wiem - kładę ją i odsuwam się.
Zdejmuję buty, a potem ściągam spodnie i skarpetki. Wchodzę do łazienki, aby się ogarnąć i wracam. Kładę się obok Courtney. Przyciągam ją do siebie. Rękę wsuwam pod koszulkę.
- Co robisz? - uśmiecha się i znów chce mnie pocałować.
Oddaję delikatne pocałunki. Spróbuję dogodzić jej palcami.
- Louis, co robisz? - powtarza zatrzymując moje ramię.
- Dotykam cię?
- Nie. Znowu chcesz mnie zmyć. - mówi z żalem i siada. - Dlaczego nie chcesz się ze mną kochać?
- Bo jest późno, a ja widzę podwójnie. Nie wiem w co mam ręce włożyć. Normalny dzień. Chciałbym iść spać, ale ciebie to urazi, więc nie wiem. Idę na dół - biorę poduszkę i wstaję.
- Louis. zostań - prosi.
- Naprawdę przepraszam - mówię szczerze.
- Mogłeś po prostu powiedzieć - posyła mi delikatny uśmiech. - Pracujesz. Powinnam wziąć to pod uwagę. To ja przepraszam.
- Nie masz za co - siadam i biorę ją na kolana. - Wiesz, że zawsze chętnie pójdę z tobą do łóżka, ale mam dużo na głowie.
- Rozumiem. Chodźmy spać. - całuje mój policzek i zajmuje poprzednie miejsce.
Kiedy kładę się obok niej, mocno ją przyciągam. Nie chcę się kłócić. Niedługo będę musiał jej powiedzieć. Mam zamiar wziąć udział w wyścigu. Gdybym to przed nią ukrył, a ona by się dowiedziała...
Zabiłaby mnie albo nie wiem co. Nie.  Jednak muszę odreagować. Przekręcam nas i przyciskam ją do materacu. Ręką zsuwam bokserki. I tak był gotowy.
- Louis, ja naprawdę rozumiem. - mówi zaskoczona moim gwałtownym ruchem. - Jesteś zmęczony.
- Ciii - kładę usta na jej i zachłannie całuję. Biorę ciało Courtney w posiadanie.
To jeden z tych szybkich razów. Robi dobrze obojgu nam.
Rano siedzimy razem przy śniadaniu. Chłopaki już o wszystkim wiedzą. Nie pojadę do pracy. Mam dwa tygodnie na ćwiczenia, na przygotowanie auta.
Dawno się nie ścigałem. Muszę dokładnie wszystko sobie przypomnieć.
Kiedyś to był chleb powszedni. Tor, szybkie auta, adrenalina. Ale potem ojciec zrzucił na moje barki odpowiedzialność za gang. Nie miałem czasu.
Trzeba było dorosnąć. Wejść w dorosłe życie. No i właśnie dlatego to rzuciłem. Nie żałuję. Obawiam się tego wyścigu. Jak sama nazwa wskazuje. Albo jedziesz albo giniesz.
- Louis, auto będzie popołudniu - do salonu wchodzi Niall.
- Razem z nitro i innymi bajerami? - odstawiam kawę.
- Gotowy tylko bez kierowcy - szczerzy się, a ja czuję pytający wzrok Courtney.
- Okej, dzięki. Daj mi jeszcze trasę. Muszę to zobaczyć. Wgraj w GPS - Proszę go i odsyłam. Muszę z nią porozmawiać.
- Bierzesz w delegacje takie auto? - brunetka marszczy brwi.
- Nie jadę w delegację - odchylam się na krześle. - Biorę udział w wyścigu.
- Jakim wyścigu misiu? - śmieje się.
- W specyficznym. Odbędzie się za dwa tygodnie. Mam doświadczenie. To nie jest nic trudnego - wstaję i zakładam naszykowaną wcześniej koszulkę adidasa.
- Co to za wyścig? Nie widziałam żadnych plakatów.
Podchodzę do niej i całuję. Zaraz będzie musiała jechać na zajęcia. Więcej nie musi wiedzieć. Dla jej dobra.
Oddaje pocałunek, ale szybko się odsuwa.
- Odpowiedz mi.
- Kochanie, zaufaj mi - dotykam jej policzka. - To wszystko dla ciebie.
- Kombinujesz...
- Trochę tak - kiwam głową. - Po prostu mi zaufaj.
- Chcę ci przyjść kibicować - na jej zgubę łapie mój wzrok.
- Courtney, ja nie...
- Co takiego? - pyta z uśmiechem.
- Zostajesz w domu. Nie możesz. Będę się dekoncentrował. Riley! - wołam chłopaka i zamieram.  Chwila. Nie sprawdziłem jednego. Wiadomość mówiła o wtyczce.
- No? - pojawia się w salonie.
- Zawieź ją na uczelnię - mówię i szybko idę do Nialla. Jemu ufam.
Może on coś wymyśli. Ja nie mam już żadnego pomysłu.
Ktoś nas może wydać. Ktoś z gangu może pomagać innym. Przecież nie pozwolę skrzywdzić Courtney. Nawet nie wiem komu mogę pozwolić się koło niej kręcić. Niall? On naprawdę jest jak rodzina. Zna mnie, ja znam jego. Nie. On odpada. Harry? Harry to wierny i oddany facet. Wie, że nie można ze mną igrać. Liam? Błagam. Liam był przy ojcu prawie od zawsze. Jest starszy ode mnie. Doceniałem go. Trevor, Travis, Riley, Micheal, Eric, Sam, Taylor oni też są dobrymi pracownikami. Cała reszta to tylko ochroniarze. Nie mają wglądu do spraw gangu. Nie mam pojęcia, naprawdę. Wiem tylko, że muszę to sprawdzić.
Wchodzę do serca domu. Niall je jogurt, patrząc w komputer. Kładę rękę na oparciu fotela.
- Mamy w teamie oszusta, trzeba to sprawdzić – mówię. – Wiesz, już kto wysłał mi wiadomość? Kto bierze udział w wyścigu i chce mnie zniszczyć?
- Sorry, ale gość jest sprytny.
- Świetnie - mruczę. - Jadę na tor zastępczym autem, wgraj mi tę trasę - przypominam mu.
- Lepiej nie pojawiaj się tam sam. Myślę, że mogą właśnie na to liczyć.
Uśmiecham się do niego sztucznie i czekam, aż ruszy tyłek.
- Louis, mówię poważnie. Courtney zabije mnie, a mam dziecko w drodze - pokazuje na mnie palcem.
- No tak, tak. Dlatego jedziesz ze mną.
- Zajebiście - mruczy niewyraźne i robi co karze.
Wsiadamy do auta i jedziemy na tor. Trochę tęskniłem. Naprawdę. Cieszę się, że mogę poćwiczyć. Wrócić do starych czasów. Ale kompletnie nie cieszy mnie wyścig, w którym mogę zginąć.

Wiem, że chłopcy będą starać się wszystko kontrolować, ale nigdy nic nie jest pewne. Wszystko się może stać. No i to jest właśnie moja obawa. Nie mogę zostawić Courtney. Nie wyobrażam sobie jej beze mnie. Bez mojej ochrony. Ktoś ją skrzywdzi, zrani. Boże, nie. Odsuwam od siebie te myśli. Skupię się i wszystko pójdzie dobrze. Horan wyświetla trasę i ruszam przed siebie mocno wciskając gaz. Oczywiście nie jest to trasa, którą będę jechał na wyścigu, lecz podobna. Muszę ćwiczyć. Muszę wygrać. Muszę być najlepszy.