sobota, 26 marca 2016
piątek, 11 marca 2016
Rozdział 26
Trzymam
Minnie na kolanach. Dziewczynka wpatruję się w tekst bajki. Czytam dla niej.
Wolałbym, aby spróbowała sama. Ma już pięć lat. Od samego początku była bardzo
dobrze rozwiniętym dzieckiem. Nawet uczy się hiszpańskiego przez zabawę od
dwóch lat.
Czasem
boję się, że za te dziesięć lat moje dziecko mnie obrazi, a ja nawet nie
zrozumiem. Courtney wchodzi do pokoju z Christopherem przy piersi.
-
Na dzisiaj koniec. Pójdziemy pływać - mówię do Minnie. - Wszyscy.
-
On mi zaraz zaśnie - pokazuje na trzynastomiesięcznego chłopca. Ten patrzy na
nas spod pół przymkniętych powiek.
-
No to jak zaśnie to pójdziemy - uśmiecham się. Mój malutki synek.
-
Tato, czytaj - prosi dziewczynka pokazując palcem na książkę przed nami.
-
Ty spróbuj - mówię całując ją we włosy.
Kręci
główką i wtula się w mój tors.
Wzdycham
cicho. Kontynuuję czytanie bajki.
Moja
żona tylko śmieje się pod nosem i wychodzi znów zostawiając nas samych.
W
końcu kończę. Moja malutka jest zadowolona. To najważniejsze.
-
Dziękuję tatusiu - całuje mój policzek i biegnie szukać mamy chcąc pocałować
braciszka na dobranoc. Jest wobec niego przesłodka.
To
starsza siostra, które uwielbia Christophera. Bawi się z nim, czasem karmi.
Gdy
ten raczkuje, ona robi to z nim i urządzają sobie wyścigi. To bardzo grzeczna
dziewczynka. Staramy się, aby była dobrze wychowana.
Odpuszczamy
sobie kąpiel ze względu na nagły deszcz. Courtney za to zaproponowała naszej
córce zrobienie ciastek.
Dziewczyny
znikają w kuchni. Ja za to idę do sali, gdzie zbieram gang. Nie zaprzestaliśmy
działalności. Po mnie wszystko przejmie syn. Takie mam plany, ale do niczego go
nie zmuszę. Na razie to niech dorośnie. Lub chociaż zacznie chodzić. To będzie
dobry początek.
-
Chłopcy, a co powiecie na bank rezerw federalnych hm? - patrzę na nich.
-
Jestem za - słyszę kilka głosów naraz.
-
Świetnie. To to zaplanujcie. Mnie się nie chce.
Niall
się śmieje i robi coś w komputerze. Na nich zawsze można polegać. Muszą tylko
wszystko dopracować. Nie siedzimy długo. Nie schodzi nam nawet pełną godzinę.
Niall ogarnie plany u siebie w domu. Wszystko nam przedstawi. Nie musze się o
to martwić. Idę do kuchni, gdzie moje królewny rządzą i pilnują ciastek.
-
Patrz - Minnie pokazuje na piekarnik
-
Postarałyście się - siadam przy blacie.
-
Zawsze się staramy - żona patrzy na mnie zmywając naczynia.
-
Oczywiście, że tak. A obok stoi zmywarka. Tak tylko przypominam.
Wzrusza
tylko ramionami. Ciasteczka są gotowe piętnaście minut później i moja córka
decyduje, że to oczywiście ja skosztuje je jako pierwszy.
-
Ale dobre - mówię, czując wanilię. Naprawdę potrafią człowiekowi poprawić
humor.
-
To ja też chcę.. - siada mi na kolanach i bierze z miski ciastko dla siebie.
Obejmuję
Minnie ramieniem. Zjadam moje ciastko. Uśmiecham się do córki. Jest śliczna.
Podobna do Courti, ale oczy ma moje.
karo:)
-
Też chcę.. - druga brunetka zajmuje drugie kolano.
-
Proszę - biorę wypiek i podaję jej.
Ignoruje
mnie i całuje. Długo i naprawdę namiętnie.
-
Fu - słyszymy córkę.
Courtney
uśmiecha się przenosi na nią wzrok.
-
Zobaczymy za parę lat.
-
No ty chyba żartujesz - wtrącam. - Ona nie będzie nikogo całować.
-
Żyj w złudzeniu.. - znów mnie całuje.
Próbuję
coś jeszcze powiedzieć, ale jej usta mi na to nie pozwalają.
Lubię
chwile jak ta. Spokój, rodzina. Za chwilę jeszcze młody zacznie coś rozumieć.
Kupię nam domek nad jakimś jeziorem. O. To jest bardzo dobry pomysł. Możemy
wybrać się na krótkie wakacje.
~*~
Christopher
raczkuje po plaży nad jeziorem. Minnie w różowym stroju siedzi na kocu i robi
babki z piasku. Moja żona opala się, na szczęście W STANIKU. Ja chodzę za
synem, bo ten jest niemożliwy. Raz spuścisz z oka a już gdzieś pójdzie.
Pogoda
jest świetna. Każdy z nas dobrze się bawi. Boże, to dziecko ma za dużo
energii.. Zniecierpliwiony biorę go na ręce i otrzepuje z piasku.
-
Koniec - mówię. Mam swoje lata i już brakuje mi tylu sił. Masakra. Wchodzę do
domku, a młodego sadzam w foteliku. Obiecałem Minnie frytki.
Już
mam brać się do roboty, ale słyszę głośne śmiechy i piski. Patrzę przez okno.
No tak. Mała oblała mamę i teraz musi zwiewać.
Staję
w drzwiach domku.
-
Kochanie, czyżbyś była mokra?! - krzyczę.
Ta
nie odpowiada mi gdyż właśnie łapie naszą córkę. Podnosi ją i zmierza do wody.
Kręcę
głową i wracam do kuchni. Znów słychać piski. Śmieję się tylko pod nosem i
zajmuje tymi frytkami.
Do
lat trzech jadła wszystko co zdrowe i ekologiczne. Dosłownie. Potem
stwierdziłem, że i tak będzie chciała jeść to co inne dzieci. Teraz trochę jej
dozujemy te dobre rzeczy. Zaczynam mówić do syna gdyż ten domaga się mojej uwagi
uderzając rączkami o fotelik. Oczywiście muszę się przy tym wygłupiać, za co
nagradza mnie śmiechem. Teraz kiedy tak mały jest słodki, ale wiem, że będę
musiał trzymać go twardo. Tak jak mój ojciec mnie. Wychowam do na dobrego
chłopaka. Na prawdziwego mężczyznę. Pójdzie do szkoły wojskowej. Będzie się
znał na robocie.
Biorę
go pod pachę, talerz z frytkami w drugą rękę i wychodzę z domku.
-
Wychodzić z tej wody - wołam dziewczyny.
-
Muszę ją najpierw utopić - słyszę Courtney.
-
Skarbie!
-
Tatusiu ratuj mnie! - znowu pisk.
Kładę
młodego na koc. Stawiam talerz i idę do dziewczyn. Łapię żonę i przerzucam przez ramię.
-
Louis, po czyjej jesteś stronie? - śmieje się.
-
Bronię młodszej - klepię ją w tyłek.
-
Zostaw tyłek. - sama uderza mój.
-
Jemy - sadzam ją na kocu.
Brunetka
przygarnia do siebie Christophera i razem spędzamy czas do wieczora. Jest miło,
wesoło i nikt nie narzeka. Chwilę spędzone z rodziną są najcenniejsze.
Dwa
dni później dojeżdżają do nas Liam i Sophia z malutką Holly. Mała jest cztery
miesiące młodsza od naszego syna. Pierwszego wieczoru od ich dotarcia, razem z
Payne em trochę zabalowaliśmy. Następnego ranka obaj mieliśmy cholernego kaca.
I oczywiście każdy z nas kazanie. Obiecałem że zajmiemy się dziećmi, a one poszły
się opalać. Dopiero po tym im przeszło. Wróciliśmy po tygodniu. Christopher
nauczył się tam chodzić. Było świetne. Cała rodzina, spokój i zabawa.
środa, 17 lutego 2016
Rozdział 25
Ściągam
marynarkę i wchodzę do salonu. Jest siedemnasta, więc moja żona dopiero wróciła
ze szkoły rodzenia. Chodzę z nią na każde zajęcia, ale dziś nie mogłem.
-
Cześć - wita mnie już w drzwiach długim całusem.
-
Cześć, kochanie - obejmuję ją w talii. Wiedziałem, żeby kupować jej dresy. W
nich wygląda uroczo.
-
Byłyśmy w szkole, a potem wzięłam Kociaki do weterynarza. Są zaszczepione i
wyczesane. - tak. Trzy dni temu zostaliśmy poinformowani, że to będzie
dziewczynka. Moja córeczka.
Syn
synem, ale będę miał księżniczkę. Przecież jej włos z głowy nie spadnie. A
chłopaków obok niej pozabijam. Moja perełka będzie bezpieczna.
-
Dobrze. Jadłaś?
-
Chyba trzy porcje - mruczy średnio z tego zadowolona.
Wybucham
głośnym śmiechem. Co miesiąc je coraz więcej, ale przecież to nic dziwnego.
-
A tobie jak minął dzień?- pyta głaszcząc swój brzuszek.
-
Bardzo ciężko. Cieszę się, że jestem z wami - kucam i całuję jej wypukłość.
-
Nie uważasz, że powinien być już większy?
-
Jesteś chuda, Courtney. Siódmy miesiąc, a wyglądasz na czwarty. Norma.
Kiwa
głową i ledwo powstrzymuję wybuch śmiechu jak widzę, że kieruje się do kuchni.
-
Jesteś pewna, że jeszcze coś w tej lodówce zostało?
-
Całkiem sporo - odpowiada.
Kręcę
głową i idę za nią. Też muszę coś zjeść. Ona bierze płatki z jogurtem, a ja
mięso z piekarnika. W ciszy jemy w jadalni.
Courtney
dobrze przechodzi ciążę. Narzeka na bóle pleców, ale tak to jest w porządku.
Jedną
rzecz ma na opak jak powinno być. Ochotę na sex. Zero. Od trzeciego miesiąca
kochaliśmy się może dwa razy. Ja na tym cierpię, bo przyzwyczaiła mnie do
częstego stosunku. Nie zmuszę jej, ale szkoda. Naprawdę szkoda. Nie odmawia mi.
Po prostu sama nic nie inicjuje, a często jak wracam, ona po prostu już śpi. Może
po porodzie...Będę czekał kilka miesięcy, ale może znów wrócimy do normalności.
-
Idę jutro z Caroline na zakupy. Wybierzemy wózek.
-
A tego to nie powinienem wybierać z tobą?
-
Jeśli chcesz...
-
Nie no, idźcie, idźcie.
-
Kupie jakiś ładny. Obiecuję.
Uśmiecham
się tylko. Idę z nią na kanapę. Wtula się we mnie.
Kładę
ręce na brzuch brunetki i zadowolony czuję ruchy małej.
-
Trzeba wybrać jej imię.
-
Ty wybierz. - mówi sennie.
-
Idziesz spać?
-
Nie. Tulimy się przecież - głaszcze moje ramię.
-
Myślałem nad Giovanną. Ale niekoniecznie, bo jest tyle pięknych imion - wsuwam
rękę pod jej bluzę.
-
Gio jest ładnie... To pierwsze przyszło ci do głowy.
-
Tak, ale jest tak dużo innych...- śmieję się.
-
Na przykład Madison, albo Lizzy.- uśmiecha się pod nosem
-
Oj nie, Madison będzie odmiennikiem Madeline. Mamusia byłaby zbyt zadowolona.
-
Jesteś okropny - chichocze.
-
Tak, wiem, wiem. Lannie?
-
Też ładnie. - jęczy. - Chyba zostanie nam wyliczanka.
-
Tak, ale nie teraz bo pewnie wpadnę na jeszcze tysiąc innych pomysłów. Ona musi
mieć piękne, oryginalne imię. Bo będzie jedyna w swoim rodzaju.
-
Na pewno.. - słyszę ciszej i czuję że Courtney zasypia.
Wstaję i biorę ją na
ręce. Nie powiem, że jest lekka, ale na szczęście nie mam daleko.
Delikatnie
układam ją w łóżku i dobrze przykrywam. Całuję żonę w czoło. Zmęczona była. Nic
dziwnego. Wychodzę i wracam na kanapę. Wykładam nogi na ławę i oglądam mecz.
~*~
Dwa lata później
Wracam
właśnie z meczu z chłopakami. Niall wziął Mike'a przez co musieliśmy uważać.
-
Kurwa - mówi chłopiec, siedząc w foteliku.
Patrzymy
obaj z blondynem na młodego. Nie jest dobrze. Jak Caroline to usłyszy...
-
Co? - uśmiecha się do nas. Pewnie któremuś z nas wymsknęło się na meczu.
Dostaniemy opieprz.
-
Nie mów tak - jego ojciec zabija go wzrokiem. - Tak jest brzydko.
-
A ty tak mówisz - wzrusza ramionami.
-
Ja mogę, a ty nie - parkuje pod moim domem.
-
Chodźcie - śmieję się. Wypinam młodego i wysiada.
Od
razu biegnie do ogrodu szukając zapewne dziewczyn. Wchodzimy z Niallem i Liamem
do domu. Idę się tylko przebrać. Ledwo wchodzę do garderoby na górze, a już
słyszę płacz i krzyk.
-
Tata!
No
dobra. To przebiorę się później. Od razu kieruję się do Minnie.
Tak
jest zawsze. Nie umie wchodzić po schodach i gdy zobaczy, że ja albo Courtney
tam idziemy zaraz jest ryk.
Czasem
naprawdę zastanawia mnie o czym myśli dziecko. Boi się, że ją zostawimy? Zbiegam
na dół. Mała klęczy na pierwszy schodku i płacze opierając czoło o stopień
wyżej.
-
Chodź, królewno - biorę ją na ręce i przytulam.
Obejmuje
moją szyję i rączką przeciera oczy.
Cały
dzień za nią tęskniłem. To jest mój aniołek i diabeł w jednym.
-
Z tobą chcę... - mamrocze.
-
Jadłaś już obiadek? - pytam, całując ją w ciemne włoski.
-
Jadłam. I mama i ciocia i dzidziuś - wylicza na paluszkach.
Kiwam
głową i uśmiecham się. Mówiłem, że jest cudowna? Wychodzimy do ogrodu. Caroline
jest w ciąży i Minnie cały czas gada do jej brzucha.
Jak
Niallowi urodzi się drugi syn...Nie wiem co zrobię. Następne dziecko żonie
zrobię. Podchodzę do niej. Siedzi z przyjaciółką i Mike'iem na fotelach
ogrodowych. Całuję ukochaną, a potem witam się z Caro.
-
Pobiegła jak tylko cię usłyszała - tłumaczy brunetka.
-
Wiadomo. Bo to jest córeczka tatusia - podrzucam małą.
Zazdrosny
Mike od razu idzie do swojego taty i wdrapuje mu się na kolana. Mike woli auta
i tego typu rzeczy, ale czasem bardzo ładnie bawi się z Minnie. Udaje Kena
który jest tajnym agentem. Ale oczywiście nigdy nie całuje swojej dziewczyny,
bo to jest blee.. Nieraz mamy z nich na prawdę polewkę..
Dzieci
są świetne. Przysięgam. Może nie chciałem na początku, ale teraz nie żałuję.
Horan
z rodziną jadą późnym wieczorem, a my zostajemy we trójkę. Biorę córeczkę i idę
ją wykąpać. Courtney przygotowuje dla niej jedzenie.
-
Tata śpiewamy - podskakuje w wannie pełnej wody.
Klękam
i myję ją, śpiewając piosenkę dla dzieci.
Śmieje
się i grzecznie pozwala spłukać swoje ciało.
-
Ubieramy misia? - pytam, biorąc kombinezon.
Kiwa
główką wyciągając ręce w moją stronę. Gdy jest gotowa, biorę ją i niosę na dół.
-
Jesteśmy - meldujemy się w kuchni.
-
Chodź do mamy - brunetka bierze ode mnie córkę.
-
Jemy - mówi zdecydowanym głosem Minnie.
-
Tak, jemy kochanie - karmi ją i mi również karze jeść.
-
Dlaczego czekamy z drugim dzieckiem? - pytam, nabierając makaron.
-
A czekamy? Nie wiedziałam, że go chcesz.. - przenosi na mnie wzrok zdziwiona
pytaniem.
-
W zasadzie ciężko się starać, jeśli ze sobą nie sypiamy - zauważam.
-
Chciałabym kolejne dziecko.
-
Ja też - odpowiadam.
Uśmiecha
się i poprawia sobie Minnie na kolanach.
Dziewczynka
grzecznie zjada wszystko. Gabriell dalej z nami pracuje. Bardzo nam pomaga.
Czasem
zostaje z małą kiedy my wychodzimy.
-
Daj tacie buzi i idziemy spać.
Robi
dzióbek i daje mokrego całusa. Wychodzą z kuchni, a ja sprzątam.
Potem
idę na górę i w drugiej łazience biorę prysznic.
Zdecydowanie
dzisiejszy wypad był dobry. Mecz wygrany, emocje były. Owijam ręcznikiem biodra
i idę do sypialni. Chyba trochę straciłem kondycję. Już czuję jak bolą mnie
mięśnie.
Muszę
znów chodzić z Harrym na siłownię. Inaczej będzie ciężko. Wchodzę do garderoby
i szukam ubrania.
W
tym czasie słyszę, że kobieta wraca do sypialni.
-
Jak ci minął dzień? - pytam, idąc do niej ubrany.
-
Ruchliwie. Cały czas ktoś przychodził.
-
Czyli jesteś zmęczona?
-
Nie jestem zmęczona - śmieje się. - Mówię tylko, że się nie nudziłam.
-
Kotku - klękam na łóżku. - Chcę jechać do Doncaster. Weźmiemy Minnie.
-
Jeśli tylko chcesz - uśmiecha się.
-
Kocham cię. Wiesz o tym?
-
Oczywiście, że wiem. - pochyla się i mnie całuje.
Kładę
ręce na jej biodra. Przysuwam ją do siebie, namiętnie oddając pocałunek.
-
Nie brałam kąpieli - obejmuje mój kark.
-
Lubię cię spoconą - śmieję się.
-
Jak bardzo? - pyta i przygryza wargę.
-
Bardzo - mruczę. Zaczynam całować jej szyję.
Czuję
jak się odpręża pod moim dotykiem. Przechylam nas i zawisam nad nią. Składam
pocałunki na jej ramionach, obojczykach. Jest taka śliczna.
-
Buziak... - łapie moją twarz w dłonie i mocno całuję. Długo, zachłannie, do utraty
tchu.
Ściągam
z niej koszulkę. Dłużej nie wytrzymam. Ona szybko pozbywa się moich dresów i
bokserek.
Tak
bardzo potrzebuję jej bliskości. Pragnę mojej żony.
Kochamy
się długo i powoli. Bez słów rozumiemy nawzajem swoje potrzeby. W jej oczach
widzę szczerą, bezinteresowną miłość. Chcę z nią jeszcze masę dzieci. Naszej
miłości starczy na wiele. Uśmiecha się do mnie czule, a ja nie jestem w stanie
pozostać na to obojętny. Zasypia w moich ramionach co dopełnia magiczny czar
tej nocy.
poniedziałek, 1 lutego 2016
Rozdział 24
Kiedy
otwieram oczy, słońce odbija się już od wody w basenie. Moja żona leży wtulona
we mnie. Dalej śpi. Zerkam na zegarek. Zaspałem...No trudno. Dzień wolny. Może przeniosę spotkanie z
Luke'iem i jego żoną. Pojedziemy dzisiaj we czwórkę zagrać w tenisa. Tak to
dobry pomysł. Zaraz do niego zadzwonię i mu to zaproponuje. Sięgam do swoich
spodni. Wyciągam komórkę i wybieram numer. Czekając, aż odbierze, głaszczę żonę
po włosach.
-
Thompson, słucham. - mówi służbowym głosem. Zapewne nie spojrzał kto dzwoni.
-
Tomlinson, mówię - odpowiadam.
-
To ty. Cześć stary - od razu zmienia ton głosu.
-
Słuchaj, może byśmy poszli dzisiaj na tenisa. Mam wolne. A zamiast w sobotę
wezmę żonę na zakupy. Pasuje ci? -
pytam.
-
Mam kilka spotkań, ale to nie problem. O której?
-
Która ci odpowiada?
-
Pierwsza? - proponuje.
-
W porządku. Do zobaczenia - rozłączam się.
-
Kto dzwonił? - słyszę senny głos małej.
-
Luke - całuję ją w czoło
-
Masz spotkanie? - jęczy nie zadowolona.
-
Mamy. Razem. Na korcie.
-
Mrrr... zniszczymy ich - nieskromnie muszę przyznać, że razem z Courtney
jesteśmy na prawdę dobrzy.
-
Wiem - śmieję się i ją całuję. - Zakładaj ubrania. Wstajemy.
To
jest takie "nowoczesne wesele" i tu same hity ale tak jak nie lubię
disco polo to na weselu mogłoby być dobra zabawa jest wtedy
-
Na pewno nie masz na mnie ochoty? - otwiera jedno oko i patrzy na mnie.
-
Taki poranny ruch na dobry początek dnia...
Przenoszę
się nad nią. Ja to trzymam formę. Seks mam codziennie.
-
Tylko się postaraj - mówi z uśmiechem. Kto by pomyślał, że ona się tak szybko
rozbudzić potrafi.
Wchodzę
w nią mocno. Do samego końca. Ruchy są szybkie, zdecydowane. Jęczy głośno. Cały
czas. Czuję na plecach jej paznokcie. Suną po całej długości.
Wtedy
wiem, że jest jej dobrze. Bardzo
dobrze...Zapamięta to. Tak bardzo mnie podjudziła, że nie pomyślałem jak będzie
grać po takim numerze.
Kiedy
wchodzimy na tor, moja żona jest w spódniczce i białym tshircie. Zresztą tak
jak żona Luke'a. To znaczy ona jest w różu. Dziewczyny poznają się pierwszy
razy. Dostrzegam dziwne spojrzenie Valerie. Mierzy Courtney wzrokiem. Oho. Moja
żona chyba tego nie zauważa. Zapewne dlatego, że ona nigdy nie widzi w ludziach
złego. Zawsze zalety.
Obejmuję
ją w talii. Moja kochana. Zapewne Val widzi w niej rywalkę.
No
tak. Courtney jest młoda i na prawdę atrakcyjna. Niejeden mi zazdrości, a
kobiety... no właśnie. Luke jest oczarowany. Nic dziwnego. Nie jestem zagrożony,
więc nie martwię się o to. Mój Znajomy nigdy nie był święty i gdyby nie zaufanie
i pewność to już dawno zabroniłbym mu na nią chociażby patrzeć. Tak, to niech
się nacieszy. Zaczynamy nasz mecz.
Tak
jak myślałem. Próbują nas pokonać. No, ale sprawna Courtney odbija prawie każdą
piłkę.
W
duecie naprawdę świetnie nam idzie. Ogrywamy ich z góry na dół.
-
No cóż, ze mną nigdy nie wygrasz - podchodzę do siatki, trzymając za rękę żonę.
-
Było fajnie. Oboje świetnie gracie - posyła uśmiech mojemu znajomemu jakby
chciała żeby zapomniał o moich słowach.
-
Dzięki - Luke się śmieje. - Lunch?
Czuję
jak brunetka ściska moją dłoń dając mi tym znak żebym się zgodził. Kiwam głową
i schodzimy do szatni.
Ściągam
tshirt i spodenki. O. Właśnie. Miałem zebrać chłopaków na jakiś mecz. Zrobię to
w tym tygodniu. Dobry pomysł. Poruszamy się trochę. Uśmiecham się pod nosem i
zakładam czarne spodnie.
-
Więc? Jak ci się żyje w małżeństwie? - pyta blondyn.
-
Zajebiście - stwierdzam. - Zwłaszcza jak przychodzi etap starania się o
dziecko. Chciałbyś mieć jak ja. Oj chciałbyś.
-
Aż tak baśniowo to chyba nie jest? - chyba bardzo chciałby to usłyszeć.
-
Może u ciebie - ubieram się w koszulę.
Ten
stoi chwilę zamyślony i również kończy się szykować.
-
Ale widzę, że Valerie ma charakterek - biorę plecak.
-
Ma. Zdecydowanie. I to coraz ostrzejszy.
-
To współczuję jak nadchodzą czerwone dni.
-
Często mam wtedy delegacje... Rozumiesz.
-
Oczywiście. Chodźmy.
Wychodzimy,
ale oczywiście przed budynkiem czekamy jeszcze na dziewczyny dobre dwadzieścia
minut.
-
Makijaż - mówimy równo.
Wyciągam
telefon i szybko sprawdzam wiadomość.
We
czwórkę idziemy do restauracji zaraz przy kortach. Często tam jadamy. Kładę
rękę na oparciu krzesła Courtney i rozmawiam z przyjacielem. Czasem dobrze się
oderwać od pracy.
Dziewczyny
słuchają i nie szczególnie angażują się w jakąkolwiek rozmowę. Czy z nami, czy
między sobą.
-
Zmęczona? - pytam ją do ucha.
-
Zależy dlaczego pytasz - patrzy na mnie.
-
Bo chcę wracać - mówię bardzo cicho.
-
To zależy po co chcesz wracać? - pyta ledwo powstrzymując śmiech.
-
Oj żono...
-
No dobrze, dobrze. Wracajmy - krótko mnie całuje.
-
To coś wymyśl...
-
Więc Luke... gdzie nauczyłeś się tak dobrze grać? - pyta mężczyzny opierając
się o stół.
-
Musiałem wziąć trenera, żeby Louis nie mógł wygrywać. Wyszło na jedno - blondyn
się śmieje.
-
Masz takie silne ramiona.. - przejeżdża palcem po jego ręce.
Patrzę
na Valerie. Ta mruży oczy zła.
-
I jest moim mężem. Mam to szczęście - wtrąca blondynka.
-
Tak, zdecydowanie.. - zgadza się Courtney łapiąc wzrok Luke'a.
-
Musimy już iść - druga wstaje. - Moi rodzice mają przyjechać. Luke idziemy.
-
Jacy rodzice? - marszczy brwi. - O nie, tylko nie teściowa.
-
Powiedziałam idziemy - mrozi go wzrokiem.
-
Wybaczcie - odpowiada. Reguluje rachunek i żegna się z nami. Później wychodzą.
-
Wracamy, kochanie? - pyta słodko Courtney.
-
Ty diablico - mówię z uśmiechem.
-
Chyba mnie nie lubi - śmieje się.
Kręcę
tylko głową i wracamy do domu.
Siadam
na kanapę, biorąc Courtney na kolana. Przytula się do mnie. Chwila ciszy i
spokoju. Jak długo będzie trwać? Mam nadzieję, że nikt zaraz nie wyskoczy z
jakąś cudowną informacją. Wolałbym nie mieć dzisiaj problemów do rozwiązania.
-
Jak myślisz... uda nam się w końcu?
-
Uda nam się.
Uśmiecha
się i przytula mocno. Zamyka oczy. Wygląda bardzo spokojnie. Musi nam się udać.
Mimo swoich obaw chcę dziecka. Coraz bardziej mi na tym zależy. Córka czy syn,
nieważne. Potem i tak zrobię kolejne. Po prostu niech to już się stanie. Niech
ona zbiegnie po schodach z testem w ręce, kiedy ja wrócę pracy, a ona powie, że
tak. Że się udało.
Zrobię
mu cudowny pokój. Najlepszy na całym świecie. Courtney będzie wyglądać ślicznie
z brzuszkiem. Z moim dzieckiem pod sercem. Wzdycham i całuję ja we włosy. Zrobię
wszystko, aby nasza rodzina była szczęśliwa.
Obronie
ich przed każdym i przed wszystkim. Będą kłopoty, ale sobie poradzimy. Nasze
dzieci wyrosną na dobrych ludzi.
-
Louis - do salonu wszedł Liam z Harrym. - Chodź na moment.
-
Po co on wam? - pyta dziewczyna mocniej się mnie łapiąc.
-
Pilne sprawy - odpowiada Styles. Mówiłem, że nie będzie spokoju.
-
Louis, nie.. -prosi Courti. - Poza tym chyba mogą mówić przy mnie, prawda
misiu?
-
Jak pilne? - pytam, poprawiając Courtney nas swoich kolanach.
-
Pilne.
-
No to mówcie - brunetka zaczyna jeździć nosem pp mojej szyi.
-
FBI próbuje osiągnąć największy sukces w swojej karierze. Chcą cię zgarnąć.
-
Co takiego?
Patrzą
na mnie jedynie. Czyli nie żartują. A ja naprawdę myślałem, że policja, FBI,
CIA i inny oddziały psów już sobie odpuściły.
-
To przez głowice. Nie chcą pozwolić, abyś ją wykorzystał - dodaje Payne.
-
Zróbcie coś - mruczy Courtney.
Zsuwam
ją z kolan i wstaję. No to mamy problem. Kiwam na chłopaków i idziemy do sali. Spędzamy
tam całą noc. Jest burza mózgów.
Co
zrobić, aby ich wykończyć? Nie zbliżą się do mojego gangu. Akurat na to nie
pozwolę.
-
Koniec na dzisiaj - mówię o siódmej rano. Trzeba się zdrzemnąć.
Wychodzę
z pomieszczenia padnięty. Kierunek - sypialnia. Na środku łóżka śpi Courtney.
Zdejmuje ciuchy i kładę się przesuwając ją.
niedziela, 10 stycznia 2016
Rozdział 23
Siedzę w garażu i sprawdzam swoje auto. Musi być całkowicie sprawne. Nie może zawalić. Co do dziecka? Courtney nie odpuszcza. Myślę, że przypadkiem możemy pobić jakiś rekord. To dziecko na pewno nie będzie niedorobione. Mi naprawdę czasem brakuje sił. Zwłaszcza kiedy wracam z pracy. Ale nie...Moja żona tak chętnie rozkłada nogi. A kim ja jestem żeby mieć siłę się temu oprzeć? Jestem człowiekiem i mężczyzną na swą zgubę.
Mam nadzieję, że po ciąży, ona będzie chciała czasem ze mną sypiać. Nigdy nie wiadomo jak to może być.
Wracam do domu po treningu z Harrym na torze. Wreszcie dom.
- Jutro o szóstej wszyscy gotowi - mówię do niego, aby przekazał dalej.
- Jasne - mruczy i znika z autem w garażu.
Ściągam z siebie koszulkę. Zayn się uspokoił. To mnie cieszy. Nie wchodzi mi więcej w drogę. Usunął się na bok i to mi całkowicie odpowiada. Idę do kuchni i biorę sobie jabłko.
- Gdzie Courtney? - pytam Gabriell.
Widzę na stole kuchennym dwie skrzynki wiśni.
- W łazience. - patrzy na mnie i przez chwilę się waha. - Kupiła test... - dodaje cicho.
- Czyli dzień jak co dzień - mówię. Biorę garść owoców i idę na górę.
Wiśnie? Co ją na wiśnie wzięło do cholery?
Nagle jej się odmieniło. Zawsze czereśnie. No chyba, że to do jakiegoś ciasta. Ale nie aż tyle. Pukam do drzwi łazienki. Nie odpowiada. Po chwili wychodzi pokazując mi negatywny test.
- Mówiłem ci nie myśl o tym.
- Chciałam sprawdzić... - mówi cicho.
- Chodzi mi o presję. Nie myśl o tym - całuję ją w czoło.
- Przepraszam.. - posyła mi uśmiech.
- Na pewno się uda - łapię ją za rękę. - Czemu wiśnie?
- Będę robiła dżem. - podnosi dumnie głowę.
- Ach...Dżem. Dobrze. Rób dżem - uśmiecham się.
- Będziesz jadł mój dżem?
- Oczywiście - mówię i kładę się na łóżku. Coś jeszcze mówi, ale zasypiam.
Budzę się o szóstej rano. To już dzisiaj. Cholera, chyba się boję. Nie mogę przegrać. Nie mogę nie wrócić. Mam za dużo do stracenia.
Courtney nie ma w łóżku co jest bardzo dziwne o tej porze. Zrywam się i szybko ubieram. Biorę swój plecak, zabieram broń i zbiegam na dół. W salonie też jej nie spotykam. Dopiero przez okno zauważam ją w ogrodzie.
- Courti? - wychodzę do niej, zgarniając kluczyki. - Co tu robisz o tej porze?
- Nie mogę spać? A ty? - patrzy na mnie zdziwiona.
- Idę do pracy - całuję ją w usta. - Kocham cię - dodaję ciszej i wybiegam z ogrodu. Wsiadam do samochodu. Chłopcy gotowi.
Przed nami ciężko dzień. Prowadzę szybko chcąc jak najszybciej dojechać do chłopaków. Wtedy wcielamy plan w życie. Wszystko dzieje się poza granicami Miami. Niall obsługuje wszystko co elektroniczne. Tak naprawdę to od niego wszystko zależy. Wystarczy jeden błąd i nic się nie uda. A nie mogło się tak stać. Naszym celem była głowica jądrowa. Nie, nie budowaliśmy broni. Chcieliśmy jedynie to dobrze sprzedać. Ale najpierw musieliśmy to ukraść.
Dojeżdżamy na miejsce. Każdy wie co ma robić. Trevor i Sam zostają pilnować Nialla, a reszta rusza do środka.
Skupiam się na swoim zadaniu, ale też sprawuję kontrolę nad innymi. Niall mówi mi, gdzie mam iść i gdzie może czekać jakaś osoba. Widzi to wszystko w komputerze. Satelity to dobra rzecz. Nawet nie wiem ile czasu mija kiedy jesteśmy przy głowicy. Na pewno więcej niż powinno. Trochę za późno. Każe im wynieść nasz skarb. Sam zajmuję się ludźmi Borysa. No. Z pomocą Nialla. Ostatni zakręt, a tam czeka dwóch. Jeden trafia w moje ramię.
Kurwa! Zaciskam zęby i pistoletem w drugiej ręce strzelam do obydwu.
- Jebać was - warczę i wybiegam z domu. - Nie mogłeś mi powiedzieć?! - krzyczę do mikrofonu.
- Zlali mi się z tłem - broni kierując mnie do wyjścia.
Wsiadam do samochodu i odjeżdżam. Długo nie dam radę. Nie mam jak zmieniać biegów. Zatrzymuję się w bezpiecznej odległości i czekam na Liama. Niech coś z tym zrobi.
Ważne, że daliśmy radę. Jakieś straty musza być.
Lepiej, że takie niż ktoś miałby nie wrócić. Każdy z nich jest mi potrzebny. Liam dojeżdża do mnie. Pomaga mi. Kurwa mać. Jak on wyciągnie kulę na żywca, to go pogryzę.
Jebany tak właśnie robi. Zaciskam szczęki kiedy ten bierze się do roboty. Patrzę w okno. To nie boli. To nie boli. To nie boli.
- Jest - słyszę w końcu. - Chcesz pod poduszkę?
- Wyrzuć to.
Ten się śmieje i robi. Wracamy do domu. Wchodzę do willi zmęczony, ale zadowolony. Kto poprowadził dobrze akcję? Ja. Nie mój ojciec. I dlatego to ja mam zamiar się tym chwalić i odbierać gratulacje. Również od niego.
Biorę telefon i dzwonię do seniora. Będzie mu głupio. Nie wierzył we mnie. Też potrzebuję ojcowskiej dumy. Oczywiście słyszę rzeczy typu...To nie było trudne. Mieliście szczęście.. Ale na końcu przyznaje mi rację i gratuluje. Odkładam komórkę i wchodzę na górę. Poszukuję mojej żony, zaginęła.
Jak to często ma w zwyczaju ostatnimi dniami. W końcu znajduje ją w pokoju gościnnym.
- Co tu robisz? - pytam zdziwiony.
- O, już jesteś.. - odwraca się w moją stronę. - Twoje ramię.
- Mam je.
- Postrzelili cię?
- Tak. Co tu robisz?
- Louis, to nie są żarty. Trzeba zawołać lekarza. - podchodzi do mnie.
- Nic mi nie jest. Trzeci raz zapytam co tu robisz.
- Chciałam zobaczyć czy można byłoby zrobić tu pokój maluszka. - tłumaczy i się uśmiecha.
- Jak będzie w drodze, to się oto postaram.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Jej oczy zaczynają błyszczeć. Staje na palcach i mnie całuje. Oddaję pocałunek, ale odsuwam się. Idę wziąć prysznic. W sypialni czeka na mnie kolacja. No tak. Courtney pewnie myśli, że ledwo co się ruszam.
Ale tak naprawdę nic mi nie jest. To tylko ramię. Nie pierwszy i zapewne nie ostatnia raz.
- Smacznego - dziewczyna całuje mnie w policzek i teraz ona idzie się umyć.
Zjadam tortillę, opierając się na łokciu o łóżko. Przy okazji oglądam mecz.
Nasi przegrywają w pierwszej połowie. Już ja bym lepiej zagrał.
O...Właśnie. pograłbym. Naprawdę Mam Ochotę.
Jak tylko trochę przejdzie mi ręka to muszę zebrać chłopaków. To dobre dla wyluzowania. No i przegrywają. Brawo. Courtney wraca z łazienki. Odkłada talerz na szafkę i kładzie się obok mnie.
- Jak się czujesz? - pytam.
- Normalnie - wzrusza ramionami.
- Okej - kładę ręce pod głowę.
- Dobranoc.. - przykrywa się szczelnie i zamyka oczy.
- Dobranoc - mruczę.
Dziewczyna zasypia chwile później. Ja odpływam dopiero po pierwszej.
***
Po dwóch tygodniach kolejnego starania się o dziecko, zabieram ją do lekarza. Wkurwiają mnie te testy. Kobieta przypisuje jej jakieś tabletki. Mówi, że Courtney jest zdrowa i dziecko to kwestia czasu.
- A może po prostu ja jestem za stary? - sugeruję.
- Z wyników pana badań, które pan przyniósł wynika, że jest pan całkowicie zdrowy. Wiek? Proszę mi uwierzyć, że z pewnością nie jest pan za stary - zapewnia mnie kobieta.
- Dziękuję - odpowiadam.
Wychodzimy z gabinetu.
- Więc co teraz? - dziewczyna łapie mnie za rękę i idzie blisko.
- Co ma być? - całuję ją w skroń. - Koniec smętów. Idziemy na lody.
Uśmiecha się szeroko i kiwa głową. Wychodzimy z kliniki. Zabieram ją do kawiarni.
Tam jednak lody idą w dostawkę, gdy oboje zauważamy duży wybór ciast. Każde z nas bierze po dwa różne i siadamy przy stoliku.
Patrzę na moją żonę przez chwilę. Biorę widelczyk i karmię ją kawałkiem deseru. Przypomina mi się nasz tort.
Ta śmieje się i również mnie karmi.
- Zróbmy sobie dzisiaj romantyczny wieczór - prosi.
- Jak chcesz, kochanie. Zrobimy. Nad basenem.
- Idealnie - zgadza się.
- Proszę - daję jej kolejny kawałek
Od razu go bierze. Wracamy do domu po piątej. Courtney chyba użyło, że to nie ona jest problemem przy ciąży.
Idę do kuchni. Biorę wino i dwa kieliszki. Szykuję wszystko na tacy. Dziewczyna w tym czasie znosi koce i masę poduszek do ogrodu.
Przychodzę do niej i kładziemy się tam.
- Za nas? - pyta unosząc kieliszek.
- Za nas, najdroższa - również podnoszę szkło.
Wypijamy toast i mocno mnie całuje. Kładę ręce na jej biodra. Przybliża się jeszcze bardziej.
- Podobno po roku mężowi nudzi się jego żona... - szepcze w moje usta.
- No mi na pewno nie - kładę się i ciągnę ją na siebie. Odstawia nasze kieliszki.
- A po dwóch latach? - pyta poważnym głosem.
- Po dwóch latach też nie. Zobaczysz - przejeżdżam dłońmi po jej ciele. - Pamiętasz co przysięgaliśmy? Że do śmierci. Będą problemy. Będą kłótnie.
- Choroby i kryzysy...
- Dokładnie. Ale razem damy radę - mówię, patrząc w jej piękne oczy. - Miłość łaska jest, cierpliwa jest...
- Nie wyobrażasz sobie jak bardzo Cię kocham - muska moje usta.
Nie odpowiadam. Uśmiecham się. Cieszę tą chwilą. Zostajemy tam całą noc. Niezapomnianą noc.
Mam nadzieję, że po ciąży, ona będzie chciała czasem ze mną sypiać. Nigdy nie wiadomo jak to może być.
Wracam do domu po treningu z Harrym na torze. Wreszcie dom.
- Jutro o szóstej wszyscy gotowi - mówię do niego, aby przekazał dalej.
- Jasne - mruczy i znika z autem w garażu.
Ściągam z siebie koszulkę. Zayn się uspokoił. To mnie cieszy. Nie wchodzi mi więcej w drogę. Usunął się na bok i to mi całkowicie odpowiada. Idę do kuchni i biorę sobie jabłko.
- Gdzie Courtney? - pytam Gabriell.
Widzę na stole kuchennym dwie skrzynki wiśni.
- W łazience. - patrzy na mnie i przez chwilę się waha. - Kupiła test... - dodaje cicho.
- Czyli dzień jak co dzień - mówię. Biorę garść owoców i idę na górę.
Wiśnie? Co ją na wiśnie wzięło do cholery?
Nagle jej się odmieniło. Zawsze czereśnie. No chyba, że to do jakiegoś ciasta. Ale nie aż tyle. Pukam do drzwi łazienki. Nie odpowiada. Po chwili wychodzi pokazując mi negatywny test.
- Mówiłem ci nie myśl o tym.
- Chciałam sprawdzić... - mówi cicho.
- Chodzi mi o presję. Nie myśl o tym - całuję ją w czoło.
- Przepraszam.. - posyła mi uśmiech.
- Na pewno się uda - łapię ją za rękę. - Czemu wiśnie?
- Będę robiła dżem. - podnosi dumnie głowę.
- Ach...Dżem. Dobrze. Rób dżem - uśmiecham się.
- Będziesz jadł mój dżem?
- Oczywiście - mówię i kładę się na łóżku. Coś jeszcze mówi, ale zasypiam.
Budzę się o szóstej rano. To już dzisiaj. Cholera, chyba się boję. Nie mogę przegrać. Nie mogę nie wrócić. Mam za dużo do stracenia.
Courtney nie ma w łóżku co jest bardzo dziwne o tej porze. Zrywam się i szybko ubieram. Biorę swój plecak, zabieram broń i zbiegam na dół. W salonie też jej nie spotykam. Dopiero przez okno zauważam ją w ogrodzie.
- Courti? - wychodzę do niej, zgarniając kluczyki. - Co tu robisz o tej porze?
- Nie mogę spać? A ty? - patrzy na mnie zdziwiona.
- Idę do pracy - całuję ją w usta. - Kocham cię - dodaję ciszej i wybiegam z ogrodu. Wsiadam do samochodu. Chłopcy gotowi.
Przed nami ciężko dzień. Prowadzę szybko chcąc jak najszybciej dojechać do chłopaków. Wtedy wcielamy plan w życie. Wszystko dzieje się poza granicami Miami. Niall obsługuje wszystko co elektroniczne. Tak naprawdę to od niego wszystko zależy. Wystarczy jeden błąd i nic się nie uda. A nie mogło się tak stać. Naszym celem była głowica jądrowa. Nie, nie budowaliśmy broni. Chcieliśmy jedynie to dobrze sprzedać. Ale najpierw musieliśmy to ukraść.
Dojeżdżamy na miejsce. Każdy wie co ma robić. Trevor i Sam zostają pilnować Nialla, a reszta rusza do środka.
Skupiam się na swoim zadaniu, ale też sprawuję kontrolę nad innymi. Niall mówi mi, gdzie mam iść i gdzie może czekać jakaś osoba. Widzi to wszystko w komputerze. Satelity to dobra rzecz. Nawet nie wiem ile czasu mija kiedy jesteśmy przy głowicy. Na pewno więcej niż powinno. Trochę za późno. Każe im wynieść nasz skarb. Sam zajmuję się ludźmi Borysa. No. Z pomocą Nialla. Ostatni zakręt, a tam czeka dwóch. Jeden trafia w moje ramię.
Kurwa! Zaciskam zęby i pistoletem w drugiej ręce strzelam do obydwu.
- Jebać was - warczę i wybiegam z domu. - Nie mogłeś mi powiedzieć?! - krzyczę do mikrofonu.
- Zlali mi się z tłem - broni kierując mnie do wyjścia.
Wsiadam do samochodu i odjeżdżam. Długo nie dam radę. Nie mam jak zmieniać biegów. Zatrzymuję się w bezpiecznej odległości i czekam na Liama. Niech coś z tym zrobi.
Ważne, że daliśmy radę. Jakieś straty musza być.
Lepiej, że takie niż ktoś miałby nie wrócić. Każdy z nich jest mi potrzebny. Liam dojeżdża do mnie. Pomaga mi. Kurwa mać. Jak on wyciągnie kulę na żywca, to go pogryzę.
Jebany tak właśnie robi. Zaciskam szczęki kiedy ten bierze się do roboty. Patrzę w okno. To nie boli. To nie boli. To nie boli.
- Jest - słyszę w końcu. - Chcesz pod poduszkę?
- Wyrzuć to.
Ten się śmieje i robi. Wracamy do domu. Wchodzę do willi zmęczony, ale zadowolony. Kto poprowadził dobrze akcję? Ja. Nie mój ojciec. I dlatego to ja mam zamiar się tym chwalić i odbierać gratulacje. Również od niego.
Biorę telefon i dzwonię do seniora. Będzie mu głupio. Nie wierzył we mnie. Też potrzebuję ojcowskiej dumy. Oczywiście słyszę rzeczy typu...To nie było trudne. Mieliście szczęście.. Ale na końcu przyznaje mi rację i gratuluje. Odkładam komórkę i wchodzę na górę. Poszukuję mojej żony, zaginęła.
Jak to często ma w zwyczaju ostatnimi dniami. W końcu znajduje ją w pokoju gościnnym.
- Co tu robisz? - pytam zdziwiony.
- O, już jesteś.. - odwraca się w moją stronę. - Twoje ramię.
- Mam je.
- Postrzelili cię?
- Tak. Co tu robisz?
- Louis, to nie są żarty. Trzeba zawołać lekarza. - podchodzi do mnie.
- Nic mi nie jest. Trzeci raz zapytam co tu robisz.
- Chciałam zobaczyć czy można byłoby zrobić tu pokój maluszka. - tłumaczy i się uśmiecha.
- Jak będzie w drodze, to się oto postaram.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Jej oczy zaczynają błyszczeć. Staje na palcach i mnie całuje. Oddaję pocałunek, ale odsuwam się. Idę wziąć prysznic. W sypialni czeka na mnie kolacja. No tak. Courtney pewnie myśli, że ledwo co się ruszam.
Ale tak naprawdę nic mi nie jest. To tylko ramię. Nie pierwszy i zapewne nie ostatnia raz.
- Smacznego - dziewczyna całuje mnie w policzek i teraz ona idzie się umyć.
Zjadam tortillę, opierając się na łokciu o łóżko. Przy okazji oglądam mecz.
Nasi przegrywają w pierwszej połowie. Już ja bym lepiej zagrał.
O...Właśnie. pograłbym. Naprawdę Mam Ochotę.
Jak tylko trochę przejdzie mi ręka to muszę zebrać chłopaków. To dobre dla wyluzowania. No i przegrywają. Brawo. Courtney wraca z łazienki. Odkłada talerz na szafkę i kładzie się obok mnie.
- Jak się czujesz? - pytam.
- Normalnie - wzrusza ramionami.
- Okej - kładę ręce pod głowę.
- Dobranoc.. - przykrywa się szczelnie i zamyka oczy.
- Dobranoc - mruczę.
Dziewczyna zasypia chwile później. Ja odpływam dopiero po pierwszej.
***
Po dwóch tygodniach kolejnego starania się o dziecko, zabieram ją do lekarza. Wkurwiają mnie te testy. Kobieta przypisuje jej jakieś tabletki. Mówi, że Courtney jest zdrowa i dziecko to kwestia czasu.
- A może po prostu ja jestem za stary? - sugeruję.
- Z wyników pana badań, które pan przyniósł wynika, że jest pan całkowicie zdrowy. Wiek? Proszę mi uwierzyć, że z pewnością nie jest pan za stary - zapewnia mnie kobieta.
- Dziękuję - odpowiadam.
Wychodzimy z gabinetu.
- Więc co teraz? - dziewczyna łapie mnie za rękę i idzie blisko.
- Co ma być? - całuję ją w skroń. - Koniec smętów. Idziemy na lody.
Uśmiecha się szeroko i kiwa głową. Wychodzimy z kliniki. Zabieram ją do kawiarni.
Tam jednak lody idą w dostawkę, gdy oboje zauważamy duży wybór ciast. Każde z nas bierze po dwa różne i siadamy przy stoliku.
Patrzę na moją żonę przez chwilę. Biorę widelczyk i karmię ją kawałkiem deseru. Przypomina mi się nasz tort.
Ta śmieje się i również mnie karmi.
- Zróbmy sobie dzisiaj romantyczny wieczór - prosi.
- Jak chcesz, kochanie. Zrobimy. Nad basenem.
- Idealnie - zgadza się.
- Proszę - daję jej kolejny kawałek
Od razu go bierze. Wracamy do domu po piątej. Courtney chyba użyło, że to nie ona jest problemem przy ciąży.
Idę do kuchni. Biorę wino i dwa kieliszki. Szykuję wszystko na tacy. Dziewczyna w tym czasie znosi koce i masę poduszek do ogrodu.
Przychodzę do niej i kładziemy się tam.
- Za nas? - pyta unosząc kieliszek.
- Za nas, najdroższa - również podnoszę szkło.
Wypijamy toast i mocno mnie całuje. Kładę ręce na jej biodra. Przybliża się jeszcze bardziej.
- Podobno po roku mężowi nudzi się jego żona... - szepcze w moje usta.
- No mi na pewno nie - kładę się i ciągnę ją na siebie. Odstawia nasze kieliszki.
- A po dwóch latach? - pyta poważnym głosem.
- Po dwóch latach też nie. Zobaczysz - przejeżdżam dłońmi po jej ciele. - Pamiętasz co przysięgaliśmy? Że do śmierci. Będą problemy. Będą kłótnie.
- Choroby i kryzysy...
- Dokładnie. Ale razem damy radę - mówię, patrząc w jej piękne oczy. - Miłość łaska jest, cierpliwa jest...
- Nie wyobrażasz sobie jak bardzo Cię kocham - muska moje usta.
Nie odpowiadam. Uśmiecham się. Cieszę tą chwilą. Zostajemy tam całą noc. Niezapomnianą noc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
