piątek, 11 marca 2016

Rozdział 26

Trzymam Minnie na kolanach. Dziewczynka wpatruję się w tekst bajki. Czytam dla niej. Wolałbym, aby spróbowała sama. Ma już pięć lat. Od samego początku była bardzo dobrze rozwiniętym dzieckiem. Nawet uczy się hiszpańskiego przez zabawę od dwóch lat.
Czasem boję się, że za te dziesięć lat moje dziecko mnie obrazi, a ja nawet nie zrozumiem. Courtney wchodzi do pokoju z Christopherem przy piersi.
- Na dzisiaj koniec. Pójdziemy pływać - mówię do Minnie. - Wszyscy.
- On mi zaraz zaśnie - pokazuje na trzynastomiesięcznego chłopca. Ten patrzy na nas spod pół przymkniętych powiek.
- No to jak zaśnie to pójdziemy - uśmiecham się. Mój malutki synek.
- Tato, czytaj - prosi dziewczynka pokazując palcem na książkę przed nami.
- Ty spróbuj - mówię całując ją we włosy.
Kręci główką i wtula się w mój tors.
Wzdycham cicho. Kontynuuję czytanie bajki.
Moja żona tylko śmieje się pod nosem i wychodzi znów zostawiając nas samych.
W końcu kończę. Moja malutka jest zadowolona. To najważniejsze.
- Dziękuję tatusiu - całuje mój policzek i biegnie szukać mamy chcąc pocałować braciszka na dobranoc. Jest wobec niego przesłodka.
To starsza siostra, które uwielbia Christophera. Bawi się z nim, czasem karmi.
Gdy ten raczkuje, ona robi to z nim i urządzają sobie wyścigi. To bardzo grzeczna dziewczynka. Staramy się, aby była dobrze wychowana.
Odpuszczamy sobie kąpiel ze względu na nagły deszcz. Courtney za to zaproponowała naszej córce zrobienie ciastek.
Dziewczyny znikają w kuchni. Ja za to idę do sali, gdzie zbieram gang. Nie zaprzestaliśmy działalności. Po mnie wszystko przejmie syn. Takie mam plany, ale do niczego go nie zmuszę. Na razie to niech dorośnie. Lub chociaż zacznie chodzić. To będzie dobry początek.
- Chłopcy, a co powiecie na bank rezerw federalnych hm? - patrzę na nich.
- Jestem za - słyszę kilka głosów naraz.
- Świetnie. To to zaplanujcie. Mnie się nie chce.
Niall się śmieje i robi coś w komputerze. Na nich zawsze można polegać. Muszą tylko wszystko dopracować. Nie siedzimy długo. Nie schodzi nam nawet pełną godzinę. Niall ogarnie plany u siebie w domu. Wszystko nam przedstawi. Nie musze się o to martwić. Idę do kuchni, gdzie moje królewny rządzą i pilnują ciastek.
- Patrz - Minnie pokazuje na piekarnik
- Postarałyście się - siadam przy blacie.
- Zawsze się staramy - żona patrzy na mnie zmywając naczynia.
- Oczywiście, że tak. A obok stoi zmywarka. Tak tylko przypominam.
Wzrusza tylko ramionami. Ciasteczka są gotowe piętnaście minut później i moja córka decyduje, że to oczywiście ja skosztuje je jako pierwszy.
- Ale dobre - mówię, czując wanilię. Naprawdę potrafią człowiekowi poprawić humor.
- To ja też chcę.. - siada mi na kolanach i bierze z miski ciastko dla siebie.
Obejmuję Minnie ramieniem. Zjadam moje ciastko. Uśmiecham się do córki. Jest śliczna. Podobna do Courti, ale oczy ma moje.
karo:)
- Też chcę.. - druga brunetka zajmuje drugie kolano.
- Proszę - biorę wypiek i podaję jej.
Ignoruje mnie i całuje. Długo i naprawdę namiętnie.
- Fu - słyszymy córkę.
Courtney uśmiecha się przenosi na nią wzrok.
- Zobaczymy za parę lat.
- No ty chyba żartujesz - wtrącam. - Ona nie będzie nikogo całować.
- Żyj w złudzeniu.. - znów mnie całuje.
Próbuję coś jeszcze powiedzieć, ale jej usta mi na to nie pozwalają.
Lubię chwile jak ta. Spokój, rodzina. Za chwilę jeszcze młody zacznie coś rozumieć. Kupię nam domek nad jakimś jeziorem. O. To jest bardzo dobry pomysł. Możemy wybrać się na krótkie wakacje.
~*~
Christopher raczkuje po plaży nad jeziorem. Minnie w różowym stroju siedzi na kocu i robi babki z piasku. Moja żona opala się, na szczęście W STANIKU. Ja chodzę za synem, bo ten jest niemożliwy. Raz spuścisz z oka a już gdzieś pójdzie.
Pogoda jest świetna. Każdy z nas dobrze się bawi. Boże, to dziecko ma za dużo energii.. Zniecierpliwiony biorę go na ręce i otrzepuje z piasku.
- Koniec - mówię. Mam swoje lata i już brakuje mi tylu sił. Masakra. Wchodzę do domku, a młodego sadzam w foteliku. Obiecałem Minnie frytki.
Już mam brać się do roboty, ale słyszę głośne śmiechy i piski. Patrzę przez okno. No tak. Mała oblała mamę i teraz musi zwiewać.
Staję w drzwiach domku.
- Kochanie, czyżbyś była mokra?! - krzyczę.
Ta nie odpowiada mi gdyż właśnie łapie naszą córkę. Podnosi ją i zmierza do wody.
Kręcę głową i wracam do kuchni. Znów słychać piski. Śmieję się tylko pod nosem i zajmuje tymi frytkami.
Do lat trzech jadła wszystko co zdrowe i ekologiczne. Dosłownie. Potem stwierdziłem, że i tak będzie chciała jeść to co inne dzieci. Teraz trochę jej dozujemy te dobre rzeczy. Zaczynam mówić do syna gdyż ten domaga się mojej uwagi uderzając rączkami o fotelik. Oczywiście muszę się przy tym wygłupiać, za co nagradza mnie śmiechem. Teraz kiedy tak mały jest słodki, ale wiem, że będę musiał trzymać go twardo. Tak jak mój ojciec mnie. Wychowam do na dobrego chłopaka. Na prawdziwego mężczyznę. Pójdzie do szkoły wojskowej. Będzie się znał na robocie.
Biorę go pod pachę, talerz z frytkami w drugą rękę i wychodzę z domku.
- Wychodzić z tej wody - wołam dziewczyny.
- Muszę ją najpierw utopić - słyszę Courtney.
- Skarbie!
- Tatusiu ratuj mnie! - znowu pisk.
Kładę młodego na koc. Stawiam talerz i idę do dziewczyn.  Łapię żonę i przerzucam przez ramię.
- Louis, po czyjej jesteś stronie? - śmieje się.
- Bronię młodszej - klepię ją w tyłek.
- Zostaw tyłek. - sama uderza mój.
- Jemy - sadzam ją na kocu.
Brunetka przygarnia do siebie Christophera i razem spędzamy czas do wieczora. Jest miło, wesoło i nikt nie narzeka. Chwilę spędzone z rodziną są najcenniejsze.

Dwa dni później dojeżdżają do nas Liam i Sophia z malutką Holly. Mała jest cztery miesiące młodsza od naszego syna. Pierwszego wieczoru od ich dotarcia, razem z Payne em trochę zabalowaliśmy. Następnego ranka obaj mieliśmy cholernego kaca. I oczywiście każdy z nas kazanie. Obiecałem że zajmiemy się dziećmi, a one poszły się opalać. Dopiero po tym im przeszło. Wróciliśmy po tygodniu. Christopher nauczył się tam chodzić. Było świetne. Cała rodzina, spokój i zabawa.

środa, 17 lutego 2016

Rozdział 25

Ściągam marynarkę i wchodzę do salonu. Jest siedemnasta, więc moja żona dopiero wróciła ze szkoły rodzenia. Chodzę z nią na każde zajęcia, ale dziś nie mogłem.
- Cześć - wita mnie już w drzwiach długim całusem.
- Cześć, kochanie - obejmuję ją w talii. Wiedziałem, żeby kupować jej dresy. W nich wygląda uroczo.
- Byłyśmy w szkole, a potem wzięłam Kociaki do weterynarza. Są zaszczepione i wyczesane. - tak. Trzy dni temu zostaliśmy poinformowani, że to będzie dziewczynka. Moja córeczka.
Syn synem, ale będę miał księżniczkę. Przecież jej włos z głowy nie spadnie. A chłopaków obok niej pozabijam. Moja perełka będzie bezpieczna.
- Dobrze. Jadłaś?
- Chyba trzy porcje - mruczy średnio z tego zadowolona.
Wybucham głośnym śmiechem. Co miesiąc je coraz więcej, ale przecież to nic dziwnego.
- A tobie jak minął dzień?- pyta głaszcząc swój brzuszek.
- Bardzo ciężko. Cieszę się, że jestem z wami - kucam i całuję jej wypukłość.
- Nie uważasz, że powinien być już większy?
- Jesteś chuda, Courtney. Siódmy miesiąc, a wyglądasz na czwarty. Norma.
Kiwa głową i ledwo powstrzymuję wybuch śmiechu jak widzę, że kieruje się do kuchni.
- Jesteś pewna, że jeszcze coś w tej lodówce zostało?
- Całkiem sporo - odpowiada.
Kręcę głową i idę za nią. Też muszę coś zjeść. Ona bierze płatki z jogurtem, a ja mięso z piekarnika. W ciszy jemy w jadalni.
Courtney dobrze przechodzi ciążę. Narzeka na bóle pleców, ale tak to jest w porządku.
Jedną rzecz ma na opak jak powinno być. Ochotę na sex. Zero. Od trzeciego miesiąca kochaliśmy się może dwa razy. Ja na tym cierpię, bo przyzwyczaiła mnie do częstego stosunku. Nie zmuszę jej, ale szkoda. Naprawdę szkoda. Nie odmawia mi. Po prostu sama nic nie inicjuje, a często jak wracam, ona po prostu już śpi. Może po porodzie...Będę czekał kilka miesięcy, ale może znów wrócimy do normalności.
- Idę jutro z Caroline na zakupy. Wybierzemy wózek.
- A tego to nie powinienem wybierać z tobą?
- Jeśli chcesz...
- Nie no, idźcie, idźcie.
- Kupie jakiś ładny. Obiecuję.
Uśmiecham się tylko. Idę z nią na kanapę. Wtula się we mnie.
Kładę ręce na brzuch brunetki i zadowolony czuję ruchy małej.
- Trzeba wybrać jej imię.
- Ty wybierz. - mówi sennie.
- Idziesz spać?
- Nie. Tulimy się przecież - głaszcze moje ramię.
- Myślałem nad Giovanną. Ale niekoniecznie, bo jest tyle pięknych imion - wsuwam rękę pod jej bluzę.
- Gio jest ładnie... To pierwsze przyszło ci do głowy.
- Tak, ale jest tak dużo innych...- śmieję się.
- Na przykład Madison, albo Lizzy.- uśmiecha się pod nosem
- Oj nie, Madison będzie odmiennikiem Madeline. Mamusia byłaby zbyt zadowolona.
- Jesteś okropny - chichocze.
- Tak, wiem, wiem. Lannie?
- Też ładnie. - jęczy. - Chyba zostanie nam wyliczanka.
- Tak, ale nie teraz bo pewnie wpadnę na jeszcze tysiąc innych pomysłów. Ona musi mieć piękne, oryginalne imię. Bo będzie jedyna w swoim rodzaju.
- Na pewno.. - słyszę ciszej i czuję że Courtney zasypia.
Wstaję i biorę ją na ręce. Nie powiem, że jest lekka, ale na szczęście nie mam daleko.
Delikatnie układam ją w łóżku i dobrze przykrywam. Całuję żonę w czoło. Zmęczona była. Nic dziwnego. Wychodzę i wracam na kanapę. Wykładam nogi na ławę i oglądam mecz.
~*~
Dwa lata później
Wracam właśnie z meczu z chłopakami. Niall wziął Mike'a przez co musieliśmy uważać.
- Kurwa - mówi chłopiec, siedząc w foteliku.
Patrzymy obaj z blondynem na młodego. Nie jest dobrze. Jak Caroline to usłyszy...
- Co? - uśmiecha się do nas. Pewnie któremuś z nas wymsknęło się na meczu. Dostaniemy opieprz.
- Nie mów tak - jego ojciec zabija go wzrokiem. - Tak jest brzydko.
- A ty tak mówisz - wzrusza ramionami.
- Ja mogę, a ty nie - parkuje pod moim domem.
- Chodźcie - śmieję się. Wypinam młodego i wysiada.
Od razu biegnie do ogrodu szukając zapewne dziewczyn. Wchodzimy z Niallem i Liamem do domu. Idę się tylko przebrać. Ledwo wchodzę do garderoby na górze, a już słyszę płacz i krzyk.
- Tata!
No dobra. To przebiorę się później. Od razu kieruję się do Minnie.
Tak jest zawsze. Nie umie wchodzić po schodach i gdy zobaczy, że ja albo Courtney tam idziemy zaraz jest ryk.
Czasem naprawdę zastanawia mnie o czym myśli dziecko. Boi się, że ją zostawimy? Zbiegam na dół. Mała klęczy na pierwszy schodku i płacze opierając czoło o stopień wyżej.
- Chodź, królewno - biorę ją na ręce i przytulam.
Obejmuje moją szyję i rączką przeciera oczy.
Cały dzień za nią tęskniłem. To jest mój aniołek i diabeł w jednym.
- Z tobą chcę... - mamrocze.
- Jadłaś już obiadek? - pytam, całując ją w ciemne włoski.
- Jadłam. I mama i ciocia i dzidziuś - wylicza na paluszkach.
Kiwam głową i uśmiecham się. Mówiłem, że jest cudowna? Wychodzimy do ogrodu. Caroline jest w ciąży i Minnie cały czas gada do jej brzucha.
Jak Niallowi urodzi się drugi syn...Nie wiem co zrobię. Następne dziecko żonie zrobię. Podchodzę do niej. Siedzi z przyjaciółką i Mike'iem na fotelach ogrodowych. Całuję ukochaną, a potem witam się z Caro.
- Pobiegła jak tylko cię usłyszała - tłumaczy brunetka.
- Wiadomo. Bo to jest córeczka tatusia - podrzucam małą.
Zazdrosny Mike od razu idzie do swojego taty i wdrapuje mu się na kolana. Mike woli auta i tego typu rzeczy, ale czasem bardzo ładnie bawi się z Minnie. Udaje Kena który jest tajnym agentem. Ale oczywiście nigdy nie całuje swojej dziewczyny, bo to jest blee.. Nieraz mamy z nich na prawdę polewkę..
Dzieci są świetne. Przysięgam. Może nie chciałem na początku, ale teraz nie żałuję.
Horan z rodziną jadą późnym wieczorem, a my zostajemy we trójkę. Biorę córeczkę i idę ją wykąpać. Courtney przygotowuje dla niej jedzenie.
- Tata śpiewamy - podskakuje w wannie pełnej wody.
Klękam i myję ją, śpiewając piosenkę dla dzieci.
Śmieje się i grzecznie pozwala spłukać swoje ciało.
- Ubieramy misia? - pytam, biorąc kombinezon.
Kiwa główką wyciągając ręce w moją stronę. Gdy jest gotowa, biorę ją i niosę na dół.
- Jesteśmy - meldujemy się w kuchni.
- Chodź do mamy - brunetka bierze ode mnie córkę.
- Jemy - mówi zdecydowanym głosem Minnie.
- Tak, jemy kochanie - karmi ją i mi również karze jeść.
- Dlaczego czekamy z drugim dzieckiem? - pytam, nabierając makaron.
- A czekamy? Nie wiedziałam, że go chcesz.. - przenosi na mnie wzrok zdziwiona pytaniem.
- W zasadzie ciężko się starać, jeśli ze sobą nie sypiamy - zauważam.
- Chciałabym kolejne dziecko.
- Ja też - odpowiadam.
Uśmiecha się i poprawia sobie Minnie na kolanach.
Dziewczynka grzecznie zjada wszystko. Gabriell dalej z nami pracuje. Bardzo nam pomaga.
Czasem zostaje z małą kiedy my wychodzimy.
- Daj tacie buzi i idziemy spać.
Robi dzióbek i daje mokrego całusa. Wychodzą z kuchni, a ja sprzątam.
Potem idę na górę i w drugiej łazience biorę prysznic.
Zdecydowanie dzisiejszy wypad był dobry. Mecz wygrany, emocje były. Owijam ręcznikiem biodra i idę do sypialni. Chyba trochę straciłem kondycję. Już czuję jak bolą mnie mięśnie.
Muszę znów chodzić z Harrym na siłownię. Inaczej będzie ciężko. Wchodzę do garderoby i szukam ubrania.
W tym czasie słyszę, że kobieta wraca do sypialni.
- Jak ci minął dzień? - pytam, idąc do niej ubrany.
- Ruchliwie. Cały czas ktoś przychodził.
- Czyli jesteś zmęczona?
- Nie jestem zmęczona - śmieje się. - Mówię tylko, że się nie nudziłam.
- Kotku - klękam na łóżku. - Chcę jechać do Doncaster. Weźmiemy Minnie.
- Jeśli tylko chcesz - uśmiecha się.
- Kocham cię. Wiesz o tym?
- Oczywiście, że wiem. - pochyla się i mnie całuje.
Kładę ręce na jej biodra. Przysuwam ją do siebie, namiętnie oddając pocałunek.
- Nie brałam kąpieli - obejmuje mój kark.
- Lubię cię spoconą - śmieję się.
- Jak bardzo? - pyta i przygryza wargę.
- Bardzo - mruczę. Zaczynam całować jej szyję.
Czuję jak się odpręża pod moim dotykiem. Przechylam nas i zawisam nad nią. Składam pocałunki na jej ramionach, obojczykach. Jest taka śliczna.
- Buziak... - łapie moją twarz w dłonie i mocno całuję. Długo, zachłannie, do utraty tchu.
Ściągam z niej koszulkę. Dłużej nie wytrzymam. Ona szybko pozbywa się moich dresów i bokserek.
Tak bardzo potrzebuję jej bliskości. Pragnę mojej żony.

Kochamy się długo i powoli. Bez słów rozumiemy nawzajem swoje potrzeby. W jej oczach widzę szczerą, bezinteresowną miłość. Chcę z nią jeszcze masę dzieci. Naszej miłości starczy na wiele. Uśmiecha się do mnie czule, a ja nie jestem w stanie pozostać na to obojętny. Zasypia w moich ramionach co dopełnia magiczny czar tej nocy.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Rozdział 24

Kiedy otwieram oczy, słońce odbija się już od wody w basenie. Moja żona leży wtulona we mnie. Dalej śpi. Zerkam na zegarek. Zaspałem...No trudno.  Dzień wolny. Może przeniosę spotkanie z Luke'iem i jego żoną. Pojedziemy dzisiaj we czwórkę zagrać w tenisa. Tak to dobry pomysł. Zaraz do niego zadzwonię i mu to zaproponuje. Sięgam do swoich spodni. Wyciągam komórkę i wybieram numer. Czekając, aż odbierze, głaszczę żonę po włosach.
- Thompson, słucham. - mówi służbowym głosem. Zapewne nie spojrzał kto dzwoni.
- Tomlinson, mówię - odpowiadam.
- To ty. Cześć stary - od razu zmienia ton głosu.
- Słuchaj, może byśmy poszli dzisiaj na tenisa. Mam wolne. A zamiast w sobotę wezmę żonę na zakupy. Pasuje ci?  - pytam.
- Mam kilka spotkań, ale to nie problem. O której?
- Która ci odpowiada?
- Pierwsza? - proponuje.
- W porządku. Do zobaczenia - rozłączam się.
- Kto dzwonił? - słyszę senny głos małej.
- Luke - całuję ją w czoło
- Masz spotkanie? - jęczy nie zadowolona.
- Mamy. Razem. Na korcie.
- Mrrr... zniszczymy ich - nieskromnie muszę przyznać, że razem z Courtney jesteśmy na prawdę dobrzy.
- Wiem - śmieję się i ją całuję. - Zakładaj ubrania. Wstajemy.
To jest takie "nowoczesne wesele" i tu same hity ale tak jak nie lubię disco polo to na weselu mogłoby być dobra zabawa jest wtedy
- Na pewno nie masz na mnie ochoty? - otwiera jedno oko i patrzy na mnie.
grafika danielle campbell- Kochanie - mruczę. Ona mi nie da spokoju.
- Taki poranny ruch na dobry początek dnia...
Przenoszę się nad nią. Ja to trzymam formę. Seks mam codziennie.
- Tylko się postaraj - mówi z uśmiechem. Kto by pomyślał, że ona się tak szybko rozbudzić potrafi.
Wchodzę w nią mocno. Do samego końca. Ruchy są szybkie, zdecydowane. Jęczy głośno. Cały czas. Czuję na plecach jej paznokcie. Suną po całej długości.
Wtedy wiem, że jest jej dobrze.  Bardzo dobrze...Zapamięta to. Tak bardzo mnie podjudziła, że nie pomyślałem jak będzie grać po takim numerze.
Kiedy wchodzimy na tor, moja żona jest w spódniczce i białym tshircie. Zresztą tak jak żona Luke'a. To znaczy ona jest w różu. Dziewczyny poznają się pierwszy razy. Dostrzegam dziwne spojrzenie Valerie. Mierzy Courtney wzrokiem. Oho. Moja żona chyba tego nie zauważa. Zapewne dlatego, że ona nigdy nie widzi w ludziach złego. Zawsze zalety.
Obejmuję ją w talii. Moja kochana. Zapewne Val widzi w niej rywalkę.
No tak. Courtney jest młoda i na prawdę atrakcyjna. Niejeden mi zazdrości, a kobiety... no właśnie. Luke jest oczarowany. Nic dziwnego. Nie jestem zagrożony, więc nie martwię się o to. Mój Znajomy nigdy nie był święty i gdyby nie zaufanie i pewność to już dawno zabroniłbym mu na nią chociażby patrzeć. Tak, to niech się nacieszy. Zaczynamy nasz mecz.
Tak jak myślałem. Próbują nas pokonać. No, ale sprawna Courtney odbija prawie każdą piłkę.
W duecie naprawdę świetnie nam idzie. Ogrywamy ich z góry na dół.
- No cóż, ze mną nigdy nie wygrasz - podchodzę do siatki, trzymając za rękę żonę.
- Było fajnie. Oboje świetnie gracie - posyła uśmiech mojemu znajomemu jakby chciała żeby zapomniał o moich słowach.
- Dzięki - Luke się śmieje. - Lunch?
Czuję jak brunetka ściska moją dłoń dając mi tym znak żebym się zgodził. Kiwam głową i schodzimy do szatni.
Ściągam tshirt i spodenki. O. Właśnie. Miałem zebrać chłopaków na jakiś mecz. Zrobię to w tym tygodniu. Dobry pomysł. Poruszamy się trochę. Uśmiecham się pod nosem i zakładam czarne spodnie.
- Więc? Jak ci się żyje w małżeństwie? - pyta blondyn.
- Zajebiście - stwierdzam. - Zwłaszcza jak przychodzi etap starania się o dziecko. Chciałbyś mieć jak ja. Oj chciałbyś.
- Aż tak baśniowo to chyba nie jest? - chyba bardzo chciałby to usłyszeć.
- Może u ciebie - ubieram się w koszulę.
Ten stoi chwilę zamyślony i również kończy się szykować.
- Ale widzę, że Valerie ma charakterek - biorę plecak.
- Ma. Zdecydowanie. I to coraz ostrzejszy.
- To współczuję jak nadchodzą czerwone dni.
- Często mam wtedy delegacje... Rozumiesz.
- Oczywiście. Chodźmy.
Wychodzimy, ale oczywiście przed budynkiem czekamy jeszcze na dziewczyny dobre dwadzieścia minut.
- Makijaż - mówimy równo.
Wyciągam telefon i szybko sprawdzam wiadomość.
We czwórkę idziemy do restauracji zaraz przy kortach. Często tam jadamy. Kładę rękę na oparciu krzesła Courtney i rozmawiam z przyjacielem. Czasem dobrze się oderwać od pracy.
Dziewczyny słuchają i nie szczególnie angażują się w jakąkolwiek rozmowę. Czy z nami, czy między sobą.
- Zmęczona? - pytam ją do ucha.
- Zależy dlaczego pytasz - patrzy na mnie.
- Bo chcę wracać - mówię bardzo cicho.
- To zależy po co chcesz wracać? - pyta ledwo powstrzymując śmiech.
- Oj żono...
- No dobrze, dobrze. Wracajmy - krótko mnie całuje.
- To coś wymyśl...
- Więc Luke... gdzie nauczyłeś się tak dobrze grać? - pyta mężczyzny opierając się o stół.
- Musiałem wziąć trenera, żeby Louis nie mógł wygrywać. Wyszło na jedno - blondyn się śmieje.
- Masz takie silne ramiona.. - przejeżdża palcem po jego ręce.
Patrzę na Valerie. Ta mruży oczy zła.
- I jest moim mężem. Mam to szczęście - wtrąca blondynka.
- Tak, zdecydowanie.. - zgadza się Courtney łapiąc wzrok Luke'a.
- Musimy już iść - druga wstaje. - Moi rodzice mają przyjechać. Luke idziemy.
- Jacy rodzice? - marszczy brwi. - O nie, tylko nie teściowa.
- Powiedziałam idziemy - mrozi go wzrokiem.
- Wybaczcie - odpowiada. Reguluje rachunek i żegna się z nami. Później wychodzą.
- Wracamy, kochanie? - pyta słodko Courtney.
- Ty diablico - mówię z uśmiechem.
- Chyba mnie nie lubi - śmieje się.
Kręcę tylko głową i wracamy do domu.
Siadam na kanapę, biorąc Courtney na kolana. Przytula się do mnie. Chwila ciszy i spokoju. Jak długo będzie trwać? Mam nadzieję, że nikt zaraz nie wyskoczy z jakąś cudowną informacją. Wolałbym nie mieć dzisiaj problemów do rozwiązania.
- Jak myślisz... uda nam się w końcu?
- Uda nam się.
Uśmiecha się i przytula mocno. Zamyka oczy. Wygląda bardzo spokojnie. Musi nam się udać. Mimo swoich obaw chcę dziecka. Coraz bardziej mi na tym zależy. Córka czy syn, nieważne. Potem i tak zrobię kolejne. Po prostu niech to już się stanie. Niech ona zbiegnie po schodach z testem w ręce, kiedy ja wrócę pracy, a ona powie, że tak. Że się udało.
Zrobię mu cudowny pokój. Najlepszy na całym świecie. Courtney będzie wyglądać ślicznie z brzuszkiem. Z moim dzieckiem pod sercem. Wzdycham i całuję ja we włosy. Zrobię wszystko, aby nasza rodzina była szczęśliwa.
Obronie ich przed każdym i przed wszystkim. Będą kłopoty, ale sobie poradzimy. Nasze dzieci wyrosną na dobrych ludzi.
- Louis - do salonu wszedł Liam z Harrym. - Chodź na moment.
- Po co on wam? - pyta dziewczyna mocniej się mnie łapiąc.
- Pilne sprawy - odpowiada Styles. Mówiłem, że nie będzie spokoju.
- Louis, nie.. -prosi Courti. - Poza tym chyba mogą mówić przy mnie, prawda misiu?
- Jak pilne? - pytam, poprawiając Courtney nas swoich kolanach.
- Pilne.
- No to mówcie - brunetka zaczyna jeździć nosem pp mojej szyi.
- FBI próbuje osiągnąć największy sukces w swojej karierze. Chcą cię zgarnąć.
- Co takiego?
Patrzą na mnie jedynie. Czyli nie żartują. A ja naprawdę myślałem, że policja, FBI, CIA i inny oddziały psów już sobie odpuściły.
- To przez głowice. Nie chcą pozwolić, abyś ją wykorzystał - dodaje Payne.
- Zróbcie coś - mruczy Courtney.
Zsuwam ją z kolan i wstaję. No to mamy problem. Kiwam na chłopaków i idziemy do sali. Spędzamy tam całą noc. Jest burza mózgów.
Co zrobić, aby ich wykończyć? Nie zbliżą się do mojego gangu. Akurat na to nie pozwolę.
- Koniec na dzisiaj - mówię o siódmej rano. Trzeba się zdrzemnąć.

Wychodzę z pomieszczenia padnięty. Kierunek - sypialnia. Na środku łóżka śpi Courtney. Zdejmuje ciuchy i kładę się przesuwając ją.

niedziela, 10 stycznia 2016

Rozdział 23

Siedzę w garażu i sprawdzam swoje auto. Musi być całkowicie sprawne. Nie może zawalić. Co do dziecka? Courtney nie odpuszcza. Myślę, że przypadkiem możemy pobić jakiś rekord. To dziecko na pewno nie będzie niedorobione. Mi naprawdę czasem brakuje sił. Zwłaszcza kiedy wracam z pracy. Ale nie...Moja żona tak chętnie rozkłada nogi. A kim ja jestem żeby mieć siłę się temu oprzeć? Jestem człowiekiem i mężczyzną na swą zgubę.
Mam nadzieję, że po ciąży, ona będzie chciała czasem ze mną sypiać. Nigdy nie wiadomo jak to może być.
Wracam do domu po treningu z Harrym na torze. Wreszcie dom.
- Jutro o szóstej wszyscy gotowi - mówię do niego, aby przekazał dalej.
- Jasne - mruczy i znika z autem w garażu.
Ściągam z siebie koszulkę. Zayn się uspokoił. To mnie cieszy. Nie wchodzi mi więcej w drogę. Usunął się na bok i to mi całkowicie odpowiada. Idę do kuchni i biorę sobie jabłko.
- Gdzie Courtney? - pytam Gabriell.
 Widzę na stole kuchennym dwie skrzynki wiśni.
- W łazience. - patrzy na mnie i przez chwilę się waha. - Kupiła test... - dodaje cicho.
- Czyli dzień jak co dzień - mówię. Biorę garść owoców i idę na górę.
Wiśnie? Co ją na wiśnie wzięło do cholery?
Nagle jej się odmieniło. Zawsze czereśnie. No chyba, że to do jakiegoś ciasta. Ale nie aż tyle. Pukam do drzwi łazienki. Nie odpowiada. Po chwili wychodzi pokazując mi negatywny test.
- Mówiłem ci nie myśl o tym.
- Chciałam sprawdzić... - mówi cicho.
- Chodzi mi o presję. Nie myśl o tym - całuję ją w czoło.
- Przepraszam.. - posyła mi uśmiech.
- Na pewno się uda - łapię ją za rękę. - Czemu wiśnie?
- Będę robiła dżem. - podnosi dumnie głowę.
- Ach...Dżem. Dobrze. Rób dżem - uśmiecham się.
- Będziesz jadł mój dżem?
- Oczywiście - mówię i kładę się na łóżku. Coś jeszcze mówi, ale zasypiam.
Budzę się o szóstej rano. To już dzisiaj. Cholera, chyba się boję. Nie mogę przegrać. Nie mogę nie wrócić. Mam za dużo do stracenia.
Courtney nie ma w łóżku co jest bardzo dziwne o tej porze. Zrywam się i szybko ubieram. Biorę swój plecak, zabieram broń i zbiegam na dół. W salonie też jej nie spotykam. Dopiero przez okno zauważam ją w ogrodzie.
- Courti? - wychodzę do niej, zgarniając kluczyki.  - Co tu robisz o tej porze?
- Nie mogę spać? A ty? - patrzy na mnie zdziwiona.
- Idę do pracy - całuję ją w usta. - Kocham cię - dodaję ciszej i wybiegam z ogrodu. Wsiadam do samochodu. Chłopcy gotowi.
Przed nami ciężko dzień. Prowadzę szybko chcąc jak najszybciej dojechać do chłopaków. Wtedy wcielamy plan w życie. Wszystko dzieje się poza granicami Miami. Niall obsługuje wszystko co elektroniczne. Tak naprawdę to od niego wszystko zależy. Wystarczy jeden błąd i nic się nie uda. A nie mogło się tak stać. Naszym celem była głowica jądrowa. Nie, nie budowaliśmy broni. Chcieliśmy jedynie to dobrze sprzedać. Ale najpierw musieliśmy to ukraść.
Dojeżdżamy na miejsce. Każdy wie co ma robić. Trevor i Sam zostają pilnować Nialla, a reszta rusza do środka.
Skupiam się na swoim zadaniu, ale też sprawuję kontrolę nad innymi. Niall mówi mi, gdzie mam iść i gdzie może czekać jakaś osoba. Widzi to wszystko w komputerze. Satelity to dobra rzecz. Nawet nie wiem ile czasu mija kiedy jesteśmy przy głowicy. Na pewno więcej niż powinno. Trochę za późno. Każe im wynieść nasz skarb. Sam zajmuję się ludźmi Borysa. No. Z pomocą Nialla. Ostatni zakręt, a tam czeka dwóch. Jeden trafia w moje ramię.
Kurwa! Zaciskam zęby i pistoletem w drugiej ręce strzelam do obydwu.
- Jebać was - warczę i wybiegam z domu. - Nie mogłeś mi powiedzieć?! - krzyczę do mikrofonu.
- Zlali mi się z tłem - broni kierując mnie do wyjścia.
Wsiadam do samochodu i odjeżdżam. Długo nie dam radę. Nie mam jak zmieniać biegów. Zatrzymuję się w bezpiecznej odległości i czekam na Liama. Niech coś z tym zrobi.
Ważne, że daliśmy radę. Jakieś straty musza być.
Lepiej, że takie niż ktoś miałby nie wrócić. Każdy z nich jest mi potrzebny. Liam dojeżdża do mnie. Pomaga mi. Kurwa mać. Jak on wyciągnie kulę na żywca, to go pogryzę.
Jebany tak właśnie robi. Zaciskam szczęki kiedy ten bierze się do roboty. Patrzę w okno. To nie boli. To nie boli. To nie boli.
- Jest - słyszę w końcu. - Chcesz pod poduszkę?
- Wyrzuć to.
Ten się śmieje i robi. Wracamy do domu. Wchodzę do willi zmęczony, ale zadowolony. Kto poprowadził dobrze akcję? Ja. Nie mój ojciec. I dlatego to ja mam zamiar się tym chwalić i odbierać gratulacje. Również od niego.
Biorę telefon i dzwonię do seniora. Będzie mu głupio. Nie wierzył we mnie. Też potrzebuję ojcowskiej dumy. Oczywiście słyszę rzeczy typu...To nie było trudne. Mieliście szczęście.. Ale na końcu przyznaje mi rację i gratuluje. Odkładam komórkę i wchodzę na górę. Poszukuję mojej żony, zaginęła.
Jak to często ma w zwyczaju ostatnimi dniami. W końcu znajduje ją w pokoju gościnnym.
- Co tu robisz? - pytam zdziwiony.
- O, już jesteś.. - odwraca się w moją stronę. - Twoje ramię.
- Mam je.
- Postrzelili cię?
- Tak. Co tu robisz?
- Louis, to nie są żarty. Trzeba zawołać lekarza. - podchodzi do mnie.
- Nic mi nie jest. Trzeci raz zapytam co tu robisz.
- Chciałam zobaczyć czy można byłoby zrobić tu pokój maluszka. - tłumaczy i się uśmiecha.
- Jak będzie w drodze, to się oto postaram.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Jej oczy zaczynają błyszczeć. Staje na palcach i mnie całuje. Oddaję pocałunek, ale odsuwam się. Idę wziąć prysznic. W sypialni czeka na mnie kolacja. No tak. Courtney pewnie myśli, że ledwo co się ruszam.
Ale tak naprawdę nic mi nie jest. To tylko ramię. Nie pierwszy i zapewne nie ostatnia raz.
- Smacznego - dziewczyna całuje mnie w policzek i teraz ona idzie się umyć.
Zjadam tortillę, opierając się na łokciu o łóżko. Przy okazji oglądam mecz.
Nasi przegrywają w pierwszej połowie. Już ja bym lepiej zagrał.
O...Właśnie. pograłbym. Naprawdę Mam Ochotę.
Jak tylko trochę przejdzie mi ręka to muszę zebrać chłopaków. To dobre dla wyluzowania. No i przegrywają. Brawo. Courtney wraca z łazienki. Odkłada talerz na szafkę i kładzie się obok mnie.
- Jak się czujesz? - pytam.
- Normalnie - wzrusza ramionami.
- Okej - kładę ręce pod głowę.
- Dobranoc.. - przykrywa się szczelnie  i zamyka oczy.
- Dobranoc - mruczę.
Dziewczyna zasypia chwile później. Ja odpływam dopiero po pierwszej.
***
Po dwóch tygodniach kolejnego starania się o dziecko, zabieram ją do lekarza. Wkurwiają mnie te testy. Kobieta przypisuje jej jakieś tabletki. Mówi, że Courtney jest zdrowa i dziecko to kwestia czasu.
- A może po prostu ja jestem za stary? - sugeruję.
- Z wyników pana badań, które pan przyniósł wynika, że jest pan całkowicie zdrowy. Wiek? Proszę mi uwierzyć, że z pewnością nie jest pan za stary - zapewnia mnie kobieta.
- Dziękuję - odpowiadam.
Wychodzimy z gabinetu.
- Więc co teraz? - dziewczyna łapie mnie za rękę i idzie blisko.
- Co ma być? - całuję ją w skroń. - Koniec smętów. Idziemy na lody.
Uśmiecha się szeroko i kiwa głową. Wychodzimy z kliniki. Zabieram ją do kawiarni.
Tam jednak lody idą w dostawkę, gdy oboje zauważamy duży wybór ciast. Każde z nas bierze po dwa różne i siadamy przy stoliku.
Patrzę na moją żonę przez chwilę. Biorę widelczyk i karmię ją kawałkiem deseru. Przypomina mi się nasz tort.
Ta śmieje się i również mnie karmi.
- Zróbmy sobie dzisiaj romantyczny wieczór - prosi.
- Jak chcesz, kochanie. Zrobimy. Nad basenem.
- Idealnie - zgadza się.
- Proszę - daję jej kolejny kawałek
Od razu go bierze. Wracamy do domu po piątej. Courtney chyba użyło, że to nie ona jest problemem przy ciąży.
Idę do kuchni. Biorę wino i dwa kieliszki. Szykuję wszystko na tacy. Dziewczyna w tym czasie znosi koce i masę poduszek do ogrodu.
Przychodzę do niej i kładziemy się tam.
- Za nas? - pyta unosząc kieliszek.
- Za nas, najdroższa - również podnoszę szkło.
Wypijamy toast i mocno mnie całuje. Kładę ręce na jej biodra. Przybliża się jeszcze bardziej.
- Podobno po roku mężowi nudzi się jego żona... - szepcze w moje usta.
- No mi na pewno nie - kładę się i ciągnę ją na siebie. Odstawia nasze kieliszki.
- A po dwóch latach? - pyta poważnym głosem.
- Po dwóch latach też nie. Zobaczysz - przejeżdżam dłońmi po jej ciele. - Pamiętasz co przysięgaliśmy? Że do śmierci. Będą problemy. Będą kłótnie.
- Choroby i kryzysy...
- Dokładnie. Ale razem damy radę - mówię, patrząc w jej piękne oczy. - Miłość łaska jest, cierpliwa jest...
- Nie wyobrażasz sobie jak bardzo Cię kocham - muska moje usta.
Nie odpowiadam. Uśmiecham się. Cieszę tą chwilą. Zostajemy tam całą noc. Niezapomnianą noc.

piątek, 1 stycznia 2016

Rozdział 22

Od razu po powrocie do Miami, przed urodzinami Mike'a, mamy bankiet. Louis organizuje przyjęcie w firmie dla sponsorów. Oczywiście mu towarzysze. Wybrałam na tą okazję długą, czarną suknie ze zdobioną górą. Włosy zaplotła mi Sophia.
To plus mieć długie włosy. Dzięki temu mogę mieć różne fryzury. Zapinam zamek z boku sukienki i wychodzę z łazienki. Mam nadzieję, że Louisowi się spodoba. To chyba odpowiedni strój na ten typu imprezę.
Mój mąż stoi w sypialni już w smokingu i trzyma na rękach Greya.
- Będziesz cały w sierści..
- Nie pra...o kurwa - patrzy na mnie.
- Może być? - uśmiecham się delikatnie i powoli obracam.
- Zostajemy w domu.
- Louis, przestań się wygłupiać - patrzę na niego głupio. - I odłóż go - pokazuje na zwierzaka.
Tak robi, a potem podchodzi do mnie.
- Nie wygłupiam się. Jesteś piękna.
- Ty też wyglądasz całkiem, całkiem - poprawiam mu krawat.
- Dziękuję, kochanie.
Biorę torebkę i wychodzimy. Trevor nas odwozi pod same drzwi firmy. Otwiera przede mną drzwi i pomaga wyjść. Louis podaje mi ramię.
Na miejscu jest już większość gości. Wchodzimy zauważeni przez wszystkich. Masa osób przychodzi się z nami przywitać.
- Luke, Witaj - Louis uśmiecha się na widok obcego mi blondyna. - Poznaj moją małżonkę. Kochanie to Luke. Luke to Courtney.
Uśmiecham się i podaje mu swoją dłoń, którą od razu całuje.
- Miło cię poznać - stwierdza.
- Mnie również - na nowo owijam ręce wokół ramienia Louisa.
Kelner podaje nam szampana. Louis rozmawia z różnymi osobami. Oficjalnie dziękuje za przybycie. Cieszę się z jego powodzeń w firmie. Cudownie jest widzieć go spełnionego.
- Chodź, skarbie - mruczy do mojego ucha. Ciągnie mnie w stronę windy.
Rozglądam się za gośćmi. Nikt nie patrzy. Co on kombinuje? Wchodzimy do środka. Drzwi się zamykają, a Louis mnie przyciąga do siebie.
- Gdzie idziemy? - pyta podnosząc na niego wzrok.
- Do gabinetu.
- Po co idziemy do gabinetu kochanie?
- Bo tam będziemy sami.
Winda zatrzymuje się na ostatnim piętrze biurowca.
- Louis, ale włosy..
- Daj spokój - prowadzi mnie do gabinetu.
Wzdycham jedynie i wchodzę do dobrze znanego mi pomieszczenia.
- Wyglądasz pięknie. Naprawdę - podchodzi do barku i nalewa nam wina.
Biorę jeden z kieliszków i wznosimy toast.
- Zgadzam się na dziecko.
- C-co takiego? - zapowietrzam się zszokowana.
- Byłem u lekarza. Powiedział, że to najwyższy czas. Odpowiedni czas. Chcę potomka.
- Ty... - zaczynam piszczeć i zarzucam mu się na szyję.
- Wino - śmieje się, przytrzymując mój kieliszek.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję....
- Nie masz za co, skarbie.
- Kocham cię - całuję go mocno, ale oświeca mnie i się odsuwam. - Muszę sprawdzić kiedy mam dni płodne. Nie mam tu kalendarzyka. Boże, Louis pamiętaj, że muszę sprawdzić..
- Courtney, nie możesz o tym myśleć. Działanie pod presją nie jest dobre. Nie zabezpieczajmy się i będziemy po prostu czekać.
- Nie chcę czekać. Możemy się kochać codziennie. Kilka razy dziennie. Oprócz dni z okresem. Wtedy mogę ci robić dobrze, żebyś się nie odzwyczaił i zawsze był gotowy...
- Przestań - całuje mnie delikatnie. - Żyjmy normalnie. Jeśli Bóg chce, to zajdziesz.
- Codziennie - powtarzam w jego usta.
- Nie mam tyle sił, skarbie - przejeżdża ręką po moich plecach.
Dajemy sobie krótkie całusy. Jestem taka szczęśliwa. W końcu się zgodził. Przytulam się do niego mocno. Chcę mi się płakać. Wszystko będzie dobrze. Postaramy się i na pewno się uda. Będziemy mieć dziecko. Nasze, które będziemy bardzo, bardzo kochać.
Zaraz po powrocie do domu, pomimo później godziny, zaciągam go do łóżka.
- Wykończysz mnie - mruczy, opadając na materac.
- To jeszcze nie starania. Po prostu wyglądałeś w tym garniturze tak sexownie... - siadam na jego biodrach.
- Tak? - przesuwa rękoma po moich udach. - Uwódź, żono.
- Nie muszę tego robić. Szalejesz za mną - śmieje się.
- To prawda - dotyka dłonią mojego policzka. - Szaleję za tobą. Kocham cię ponad życie. Jesteś wszystkim, co najważniejsze. Nic innego mnie nie obchodzi.
Pozbywam się reszty naszych ubrań i nabijam na niego. Po prostu jestem go spragniona. Chyba nigdy nie nasycę się moim mężem. Mamy równe tempo. Nie jest szybko, bo wie, że tak nie lubię. Pozwala mi dojść i sam to robi. Jest cudownie. Bez zabezpieczeń czuć to jeszcze lepiej. Kładę się na jego klatce. Bezpieczna w jego ramionach zasypiam.
~Louis~
Siedzimy w sali obrad, obmyślając kolejny plan. Nawet mój ojciec wtrącił trzy grosze. To ma być duża akcja. Trochę niebezpieczna, ale kto nie ryzykuje ten nie ma. Właśnie wypowiada się Jack, którego przyjąłem do gangu. Niezły chłopak. Młody, ale Niall go szkoli.
- Poczekaj - przerywam mu, gdy wchodzi zmartwiona Gabriell.
Pochodzi do mnie.
- Nie chciałam przeszkadzać, ale pani Tomlinson dostała gorączki. Prosił pan, abym powiedziała jak się pogorszy…Stało się to czego się obawiałem. To nie takie zwyczajne przeziębienie. Ona jednak upiera się, że to tylko katar. Jutro są urodziny małego. Będzie leżeć w łóżku i tyle. Wstaję i idę do niej. Już czuję tą kłótnie. Na pewno będzie robiła wszystko żeby tylko się tam dostać. Nie mogę na to pozwolić. Jest chora. Słaba.
Wchodzę do naszej sypialni, a pierwsze co widzę to góra chusteczek.
- Gabriell dała ci coś na gorączkę? - pytam, zbierając to wszystko do kosza.
- Dała mi tysiące leków. - chrypi.
- Prześpij się - Proszę. Muszę tam zaraz wracać.
- Z tobą chętnie - nawet z 40 stopniami gorączki humor jej dopisuje.
- Kotku - uśmiecham się.
- Chyba będę musiała ciepło się jutro ubrać…
- Nigdzie nie pójdziesz.
- Muszę iść. - siada gwałtownie  i łapie się za głowę.
- Courtney, powiedziałem nie.
- Muszę - jest na skraju płaczu. - Mój Mike...
Siadam obok niej i ją przytulam. - Zarazisz go.
- To jego urodziny. Jest mały, nie mogę go zawieść.
- Jesteś chora.
- Tylko trochę. Przejdzie mi do jutra - przytula się.
- Prześpij się. Ja muszę iść.
- Idź jak musisz - puszcza mnie i sięga po chusteczkę.
Całuję ją w nos. Szkoda mi jej. Naprawdę. Wygląda źle. Pomimo tego co mówi, zasypia, a wtedy ja wracam na spotkanie. Do późnego wieczora siedzę w sali. I tak Wszystkiego nie omówiliśmy. A jutro znowu nie będzie czasu gdyż są urodziny młodego.
Kupiłem mu huśtawkę. Jemu wszystko pasuje. Od samego rana moja żona próbuje mnie przekonać, że jest już zdrowa. Oczywiście nie jest to prawda. Zdycha jak pies.
- Ucałuj go ode mnie - mówi zrezygnowana kiedy ja ubieram marynarkę. - Tak mocno, Louis. Powiedz, że bardzo go kocham.
- Dobrze, skarbie. Obiecaj mi, że będziesz odpoczywać.
- Nie mam siły na nic innego - mruczy niezadowolona.
- Kocham cię - całuję ją w czoło i wychodzę.
I tak proszę Gabrie,ll żeby co chwila do niej zerkała. Wsiadam do lamborghini i jadę do Horana. Courti bardzo pomagała Caroline. Zorganizowały wszystko. Tyle, że Caro musiała dokończyć.
Przyniosę mojej żonie dużo zdjęć i tort to może się rozchmurzy.
- No mały - biorę Mike'a na ręce. - Duży już jesteś. Ciocia nie mogła dzisiaj przyjść, ale bardzo cię kocha. Obyś rósł dalej tak zdrowo.
- BoBo.. - łapie moje włosy. Tak na mnie mówi i już. Nie dojdzie "Wujek Louis ".
- Mały gnojek - całuję go w nos.
- Jak się czuje Courtney? - pyta Niall biorąc ode chłopca.
- Źle. Serio. Ona ledwo zeszła na dół. Chciała przyjść, nie dała rady.
- Przykro mi.
Kiwam głową i wyciągam kopertę z kieszeni. Wsuwam ją do kieszeni jego koszuli.
- Co to? - patrzy na mnie głupio.
- Premia.
Uśmiecha się pod nosem i kiwa głową. Idzie z małym do kulkowego basenu.
Wchodzę do kuchni. Obejmuję Caroline w talii. Jest ubrana w niebieską sukienkę w kropki z kokardą na biodrze.
- Zapakujesz mi trochę tego dobrego tortu dla mojej żony? - pytam.
- Louis, ogolił byś się.- mój zarost ją łaskocze.
- Lubię tak.
- Dam ci nawet pół tortu. Skoro ty nie chcesz jej zrobić brzucha, to ja się tym zajmę - dostaje z łokcia w żebra.
- Chora jest, to nie mam jak - śmieję się i opieram o blat.
- Mam nadzieję, że mój mąż nie pije.. - patrzy przez okno do ogrodu.
- A jak pije to co?
- Miał odwieźć moich rodziców - tłumaczy.
- Ja mogę ich odwieźć.
- Przestań.
- Mam po drodze - biorę od niej zapakowany tort.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Dziękuję - całuje mój policzek. Biorę teściów Horana i wracam.
Oni są mili. Nie wiedzą za dużo. Dla nich lepiej. Przed dziewiątą jestem już w domu. Zdejmuje buty i z ciastem idę na górę. Otwieram drzwi od sypialni. Może mała nie śpi.
- Gabriell, żyje i mam chusteczki.- słyszę na wejściu.
- To ja, kochanie. Mam tort.
- Jak było? - pyta dalej leżąc.
- Zabawnie. W porządku. Proszę - podaję jej ciasto. - Jak się czujesz?
- A Mike? Cieszył się? Dostał fajne prezenty? W co był ubrany? - zasypuje mnie pytaniami.
Opowiadam jej przebieg przyjęcia. Potem pokazuję masę zdjęć.
Uważnie ogląda każde z nich. Widzę jak delikatnie się uśmiecha widząc małego Horana.
- Na dzisiaj koniec. Idziesz spać -mówię. Zostawiam jej telefon i udaję się pod prysznic. To był udany dzień.
Mały zadowolony. Courtney udobruchana. Sukces odniesiony. Musi z tego wyjść. Nie chcę, żeby źle się czuła. Wtedy bardzo mi jej szkoda. Wolę ją pełną energii.
Wracam do sypialni. Połowa ciasta jest zjedzone, a dziewczyna śpi. Nawet przez sen chrypi. Zbieram chusteczki i opakowania po lekach. Wyrzucam wszystko. Dokładnie przykrywam żonę. Moje słoneczko. Na prawdę nieźle ją dopadło. Kładę się na swojej połowie łóżka i również zasypiam.
Całe szczęście, że po tygodniu wróciła do zdrowia. Całkowicie. Ja więcej pracowałem. Skupiłem się na akcji. Teraz to pochłania większość mojego czasu.
Potrzebuję do tego dużo ludzi, dużo broni i dużo aut. Nie będzie ciekawie. Będzie niebezpiecznie. Dziewczyny oczywiście wiedzą tylko tyle ile uznaliśmy za potrzebne.