
Mają
dzwonić do taty. Ja dzisiaj jestem zajęty. Wiem, że mamy problemy, ale
wyjątkowo próbuję się odizolować.
-
Kocham ten dom. Tak się za nim Stęskniłam. - chodzi już drugą godzinę po
tarasie i przeżywa.
-
Dom też za tobą tęsknił - zapewniam ją. Będę mógł w końcu spać w sypialni, bo w
ciągu ostatniego miesiąca za łóżko służyła kanapa. Na chwilę, ale i tak rzadko.
-
Na pewno - odwraca się i z uśmiechem mnie całuje.
Obejmuję
ją, oddając pocałunki. Moja piękna. - Ktoś musi zadbać o ogród - przypominam
jej.
-
Zajmę się tym zaraz rano. Nie mogę Patrzeć jak bardzo go zaniedbaliście w tak
krótkim czasie.
-
Nie mieliśmy czasu na to wszystko - wzdycham. Sadzam ją na krześle. - Teraz
jedz.
-
Nie chcę więcej. - odsuwa od siebie talerz.
-
Musisz jeść. W szpitalu miałaś marne posiłki. Zresztą większość w kroplówce.
-
I dobrze, przynajmniej trochę schudłam. - podnosi bluzkę pokazując mi brzuch.
-
Byłaś chuda - gromię ją wzrokiem. - A ja
nie zamierzam spać z wieszakiem.
-
Mam tłuszczyk - broni się.
-
A ja jestem baletnicą - wywracam oczami i dopijam wino.
-
Seksowną baletnicą.
Kręcę
głową. Nie jest gruba. Zamierzam pilnować, aby się dobrze odżywiała. Wreszcie w
domu będzie ta radość i energia. Kończymy kolację i Courtney odnosi talerze
wracając z garścią czereśni. No tak. Oczywiście. Pewnie. Ale nie będę jej
żałować. Skoro już tak bardzo chce i je kocha. Niech je.
-
Smaczne to wino - siada obok mnie i czyta etykietę na butelce.
-
Może być. To gdzie chcesz pojechać? Już i tak długo nie było cię na zajęciach.
-
Tak. Moje studia raczej nie mają dużych szans na przetrwanie.
-
Spokojnie. Odrobisz to - biorę jej dłoń i całuję. - To gdzie?
-
Może góry? Drewniany domek, a za oknem warstwy śniegu.
Patrzę
na nią przez chwilę. Jeśli tylko tak chce, tam pojedziemy.
-
I tylko my dwoje.. - kończy rozmarzona.
Uśmiecham
się i pochylam. Niekoniecznie tylko my dwoje, ale o tym nie musi wiedzieć.
Niestety nie ruszymy się bez ochrony, więc Harry będzie musiał się przebrać.
-
Weźmiesz kąpiel - mówię, biorąc ukochaną na ręce. W drodze na górę, zsuwam z
jej stóp szpilki.
-
Nie dźwigaj mnie. - piszczy.
-
Dlaczego? - pytam zdziwiony.
-
Nie wolno ci się męczyć. - przypomina mi.
-
Daj spokój. To jest nieuniknione. A to, że cię zaniosę to żaden wysiłek -
stawiam dziewczynę na kafelkach w dużej łazience. Włączam wodę, a ona wypełnia
kwadratową wannę. Rozpinam niebieską sukienkę Courtney.
Wyciąga
ręce z materiału i ten opada na ziemię wokół niej.
-
Piękna jesteś, misiu - całuję ją po szyi. Jej ciało jest takie gorące. Kurwa.
Każdy nerw pragnie właśnie jej. Mojego anioła. W środku aż wrze z emocji.
Wszystko
potęguje tęsknota. Bardzo długo, jak na nas, nie byliśmy razem. To nie jest
łatwe. Przesuwam rękoma po biodrach dziewczyny. Nie może się męczyć. Nie chcę
ryzykować. Ale po prostu czuję jak wszystko w niej mnie do siebie wola. To
cholernie trudne. Jest taka perfekcyjna. Ma gładką, jedwabną skórę. Długie,
pofalowane włosy opadają na jej ramiona i plecy.
-
Może wejdziesz we mn.. ze mną? - poprawia się szybko. Chyba jej myśli były
podobne do moich.
-
To byłoby zbyt kuszące - mruczę tuż za jej uchem.
-
No dobrze - wzdycha.
-
Teraz to - rozpinam stanik.
-
To teraz...- robi kilka kroków do przodu i odwraca się. - Poczekasz w sypialni?
-
A gdzie mam czekać? - pytam ironicznie. Całuję ją w nos. Idę na dół, gdzie myję
zęby. Wreszcie w domu.
Intryguje
mnie tylko dlaczego w ogóle nie wstydliwa Courtney nie chciała zdjąć przy mnie
majtek. Dziwię się, bo przecież sama proponowała mi wspólną kąpiel. Czyli
widziałbym ją nago.
Skołowany
zmierzam do naszego pokoju. Otwieram okno i kładę się na łóżko włączając telewizor.
Dzisiaj się wyśpię. Jestem trochę ciekaw jak sprawy z tym budynkiem. Chyba nie
ma straconych komplikacji skoro nikt nie dzwoni.
Telefon
czysty więc go odkładam i skupiam na końcówce meczu. Amerykanie przegrywają z
Polską. Coś im ostatnio nie idzie. Przynudzają. Orientuję się, że co chwila
przysypiam.
Courtney
wchodzi godzinę później, kiedy ja już praktycznie śpię. Słyszę tylko drzwi i
jej kroki. Może i lepiej, że nie widzę. Pewnie jest nago.
-
Wstydzisz się mnie? - pytam w poduszkę.
-
Ja? Nie bardzo - chichocze.
-
Okej - poprawiam się i wiem, że kilka sekund później odpływam.
Rano
budzi mnie moja dziewczyna. Gdy otwieram oczy pierwsze co widzę to Courtney w
bieliźnie w nogach łóżka. Nie wygląda na zadowoloną.
-
Kotku? - mówię zaspany. Martwi mnie jej mina.
-
Musimy porozmawiać - mówi stanowczo i kładzie ręce na biodrach.
-
Co się stało? - siadam i patrzę na nią uważnie.
-
Któryś z twoich... Kolegów, wniósł do domu to - pokazuje na moją broń. Szlag.
Zapomniałem o tym wczoraj.
-
Mówiłem ci, że mamy broń. Dla bezpieczeństwa. Gdyby ktoś chciał mnie zaatakować
- wyjaśniam spokojnie.
-
I dlaczego jest na niej krew?
Wstaję
z łóżka i podchodzę do dziewczyny. Nie mam siły. Nie chcę ciągle kłamać. - Wszystko
ci wyjaśnię. Ale nie dziś.
-
Co mi wyjaśnisz? - pyta kompletnie zaskoczona moją reakcją.
-
Wszystko ci wyjaśnię. Zaufaj mi, proszę - patrzę w jej oczy.
Jej
wargi są lekko rozchylone, a rysy zdecydowanie lżejsze. Zamagnetyzowana moim
wzrokiem kiwa głową.
Całuję
ją w usta na uspokojenie. To długi, powolny pocałunek. Całkowicie odpływa pod
urokiem. Jej słabość do mnie wiele razy ratowała mi skórę. Tym razem też tak
jest. Nie mogę jej powiedzieć. Niestety jeszcze nie teraz. Musi być gotowa. Wierzę,
że kiedyś to zrozumie i mi wybaczy. Przejeżdżam palcami po jej nagim ramieniu.
Czuję, jak powoli zapomina o całej sprawie. Dyskretnie biorę pistolet z jej
łapki.
-
Spakuj się - szepczę do jej ucha. - Domek. Ty i ja. Okej?
-
W porządku.. - przejeżdża palcami po moim torsie i wymija mnie żeby zrobić to o
co proszę.
Chowam
pistolet i wypuszczam powietrze z ust. Sytuacja opanowana. Całe szczęście.
Zostawiam malutką i idę na dół.
Jem
coś na szybko i karze przygotować samolot.
-
Co z tym budynkiem? - pytam Nialla, odbierając kawę od Gabriell.
-
Nic tam nie było. Nie wyglądało, żeby ktokolwiek był od co najmniej kilku lat.
-
Szukać dalej. Styles! - wołam kolejnego do siebie.
-
Pojechał znaleźć kasety z monitoringu obok tej ruiny.
-
Potrzebuję go. Ciebie nie wezmę. Masz Caroline. A dla niego mam wycieczkę
życia.
-
Coś słyszałem - uśmiecha się.
Kiwam
głową i piję kawę. Idę na górę. Też się muszę spakować. W końcu zimno będzie.
Co za nowość.
Courtney
jest już prawie gotowa. Nawet się ubrała. Co robi tylko w ostateczności. Na
prawdę.
-
To teraz ja - podaję jej kubek i wchodzę do garderoby.
Przy
okazji wysyłam Harremu potrzebnego smsa. Niech się zorganizuje. O dwunastej
jesteśmy na lotnisku. Prowadzę ukochaną do samolotu. Wita nas obsługa.
Dziewczyna
jak zwykle jest bardzo uprzejma i gromi mnie wzrokiem za każde zdanie które
uważa za niegrzeczne. To są pracownicy. Płace im żeby znosili mnie bez
zająknięcia. ak mają problem, to do widzenia. Nie zamierzam być miły, nie znam
ich i nie lubię. Zajmujemy miejsca naprzeciw siebie w fotelach obitych beżową
skórą.
-
Więc? Jakie masz tu rozrywki? - pyta brunetka zaledwie po kwadransie lotu.
-
Rozrywki? - przejeżdżam palcami po dolnej wardze. - Chcesz się czymś zająć
rozumiem? Możemy zagrać w karty. Lub też mogę zobaczyć co masz pod sukienką.
-
Mogę ci powiedzieć - proponuje z promiennym uśmiechem.
-
Wolę zobaczyć na własne oczy - odpowiadam, pokazując palcem, aby podeszła.
Wstaje
i boleśnie wolno zajmuje miejsce między moimi nogami. Dotykam jej policzka.
Powoli wodzę palcami po delikatnej skórze. Przesuwam opuszki na szyję dziewczyny.
Przechodzi ją dreszcz. Przymyka powieki i wplata palce jednej dłoni w moje
włosy.
Jest
taka rozkoszna. Znów zupełnie pod moim wpływem. Zamienia się w moją kotkę tak
cudownie mrucząc. Uwielbiam ten dźwięk. Zsuwam ramiączka jej sukienki w ogóle
się nie śpiesząc. Mamy dużo czasu. Ma na sobie inną bieliznę niż dziś rano. Co
jak co, ale akurat do tego mam dobrą pamięć.
-
Szybka zmiana dekoracji? - unoszę brew.
Biorę
w dłoń jej pierś i wolnymi ruchami masuję. Od razu się rozluźnia,
a jej twarz wyraża błogi spokój. Nie mogę się powstrzymać. Zaczynam ją
zachłannie całować. Kładzie dłonie na mój tors i stara się delikatnie
odepchnąć. Przynajmniej pokazać mi że chce to zrobić.
-
No co? - pytam, odsuwając się.
-
Nie wolno ci - mówi, a raczej dyszy po tak długim pocałunku.
-
No nie żartuj - mówię rozbawiony. - Nie dostanę zawału.
-
A jeśli tak? Lo,u ja się martwię..
Biorę
jej twarz w dłonie i patrzę w oczy. Jest kochana. Tyle, że ja nie mam
pięćdziesięciu lat. Po prostu byłem przemęczony. Courtney kładzie dłonie na
moje i gładzi moją skórę. Uśmiecha się czule.
-
Dobrze się czuję - zapewniam ją. - Nie stanie mi serce podczas seksu, nawet
jakbyś bardzo próbowała.
-
Nie mam zamiaru próbować - chichocze, ale stara się spoważnieć. - Lekarze
mówili żebyś unikał stresu i wysiłku.
-
Dam sobie radę - zakładam kosmyk włosów za jej ucho.
-
Ale to wysiłek.. - jęczy przeciągle sama rozdarta.
-
Niewielki - przesuwam palcami po jej udzie.
-
No wiesz... - teraz się obrusza i zakłada ręce na piersi.
-
Wybacz, ale to jest samolot. Nie mamy dużego pola do manewru.
-
Jakbyś chciał to byś się postarał - odwraca się do mnie plecami - On nie ma
pola manewru - marudzi pod nosem. Jej się nie da zrozumieć.
-
To nie - mówię. - Radź sobie palcami - zabieram ręce z jej ciała.
-
Ty też - stara się brzmieć tak jak ja, ale kompletnie jej nie wychodzi.
-
Żadna nowość - prycham.
-
Co takiego?! - odwraca się wzburzona.
Próbuję
się nie roześmiać. Rzeczywiście mi jej brakowało. Pod każdym względem.
-
Nie było cię miesiąc, a ja chodziłem taki spięty.
-
Naprawdę? - od razu mięknie i patrzy na mnie ze współczuciem.
Jest
kobietą idealną pod tym względem. Nigdy nie odmawia, uważa, że to jej,
przyjemny bo przyjemny, ale obowiązek zaspokoić mnie jak tylko może. Każdy o
takiej marzy, a ona jest właśnie moja.
Uśmiecham
się do niej lekko i kiwam głową.
-
Ale to nie było to, co przeżywam z tobą. Przecież wiesz. Tęskniłem za tobą i za
twoim ciałem.
-
Mój biedny misio.. - podchodzi i głaszcze mnie po policzku. - Przepraszam..
-
Nie masz za co, wiesz to - sadzam ją na swoich kolanach i przytulam.
-
Ale powiesz jak będzie coś nie tak? Obiecujesz?
-
Obiecuję - mówię jej do ucha.
Kiwa
głową i zmusza mnie żebym się oparł. Sama siada na mnie okrakiem i znów całuje.
To już mi się bardzo podoba. Jej usta są miękkie, ale bardzo zachłanne. Tym
razem biorą moje w posiadanie.
Po
chwili orientuje się o co chodzi. Chcę być na górze żebym mniej się zmęczył.
Boże, co za dziewczyna...
-
Hm, czyli będziesz mnie dziś ujeżdżać w naszym samolocie? - mruczę, rozpinając
stanik brunetki.
-
Boże Louis... - mówi robiąc się czerwona.
-
Tak, kochanie?
-
Myślę, że gadanie zabiera zbędną energię.
-
To się rozbieraj.
Mamrocze
coś tylko pod nosem i wstaje pozbywając się majtek, które jako jedyne były
jeszcze na jej ciele.
Rozpinam
spodnie i sięgam do portfela. Wyciągam gumkę. Nie sądzę, aby zaczęła brać
tabletki.
Po
chwili klęka po obu stronach moich nóg. Przygryza wargę i delikatnie obejmuje
moją męskość żeby powoli się na nią opuścić. O kurwa. Jak ja dawno w niej nie
byłem. Obejmuje mnie tak idealnie.
Wtula
twarz w moją szyję, a rękami obejmuje tors. Przytula się jak małpka.
Porusza
biodrami. Wypełniam ją do samego końca. Zamykam oczy, wzdychając zapach jej
miękkich włosów.
Z
czasem trochę się męczy więc łapie jej pośladki i pomagam wrócić do
poprzedniego tempa.
-
Patrz mi w oczy - mówię, kiedy zaczyna dochodzić.
Odpycha
się rękami i podtrzymuje tak, że nasze oczy są dokładnie na przeciwko siebie. Spojrzenie
ma zamglone orgazmem, przyjemnością. Przygryza wargę. Mam jednak nadzieję, że
będzie cicho...Oczywiście. Po co się łudziłem.
Każdy
na pokładzie właśnie się dowiedział, że Courtney Evans szczytowała. Dochodzę
chwilę później, ale znacznie...znacznie ciszej.
Brunetka
muska moje usta i na nowo układa się wygodnie na mojej klatce.
-
Courtney? - przerywam ciszę.
-
Hm..? - mruczy leniwie.
-
Wiesz, że jestem starszy. Dlaczego ja?
-
Bo jesteś bogaty - zawsze mi tak odpowiada. Nienawidzi tego pytania, nie wiem
dlaczego.
-
Jestem ciekawy - jeżdżę palcami po jej kręgosłupie. - Chcę wiedzieć.
-
No bo cię kocham. Nie wiem dlaczego konkretnie. To twoja całość. Kocham całość.
Już
nic nie mówię. Podnoszę jej podbródek i delikatnie ją całuję, na co się
uśmiecha.