środa, 15 lipca 2015

Rozdział 4


- Które auto do cholery? - pytam choć znam odpowiedz bardzo dobrze.
- Auto Courtney. Niall nie mógł zapanować nad samochodem, kiedy okazało się, że hamulce są przecięte - mówi zdenerwowany.
Wkurwiony uderzam pięścią w ścianę. Nie panuję nad sobą. Jestem przerażony, ale i zły. Nie wiem, co się dokładnie stało. Nie wiem, czy Courtney nic nie…Jezus. A jeśli tak, to nie wiem, co zrobię. Jakiś pierdolony wariat próbuje mi ją odebrać, zniszczyć, zabić. Kto i po co?! Dlaczego? Co ona zrobiła?
- Co z nimi?
- Mercedes wjechał w audi Liama, nie mogąc zahamować. Liam zatrzymał się w rowie i na razie nie wygląda to ciekawie. Zaraz będzie tu policja.
- Świetnie, świetnie kurwa - chodzę wściekły od ściany do ściany.
Rzucam telefon na kanapę. W mojej głowie wszystko się kotłuje. Staram się znaleźć szybkie rozwiązanie. Kurwa no, muszę tam jechać.
Biegnę na górę, aby przebrać się w, to czego nie noszę.  Wszystko wszystkim, ale kurwa małą jest najważniejsza i muszę się upewnić że nie stało się nic poważnego.
Wsiadam na motor i jadę przed siebie. Daleko nie mogli pojechać. A wypadek będzie widoczny.
Całą drogę błagam w myślach, żeby tylko była cała. Na miejscu rzucam motor i szybko szukam jej wzrokiem.
Na głowie mam kaptur, bo dobrze wiem, że radiowozy już jadą. Nie zamierzam wpaść. Podbiegam do samochodu wgniecionego w tył drugiego.
Zarówno Niall jak i Courtney są nieprzytomni. W drugim aucie nikomu nic szczególnego się nie stało
Jak słyszę te jebane syreny, to mnie krew zalewa. Wyciągam Nialla na trawę. Wołam któregoś z chłopaków. Sam biorę Courtney na ręce i ulatniam się w jakąkolwiek stronę. Na czole ma rozcięcie. Krew zdążyła zaschnąć.
- Obudź się, słyszysz? Obudź się - syczę przez zęby, mając jeszcze siły by biec.
Nie reaguje leżąc w moich ramionach kompletnie bezwładnie. Kiedy jestem dosyć daleko, kładę ją na trawie. Dzwonię po pogotowie. Znam ulicę, widzę, gdzie jesteśmy. Muszą jej pomóc. Gdy przyjeżdżają, jadę razem z nimi. Boje się ją zostawić.
Siedzę pod ścianą karetki i patrzę na nią nieobecnym wzrokiem. Myślami jestem przy tym, co będzie jeśli się nie obudzi i co zrobię temu, kto jest winny. Nie zabiję. Zabicie byłoby za proste, za łatwe. To będą tortury. Tylko...tylko go znajdę. A znajdę na pewno.
Przecieram twarz dłońmi i poprawiam kaptur. Lekarz co chwila sprawdza coś na monitorze.
- Stan nie jest stabilny. Musimy wprowadzić panią Evans w śpiączkę. - odzywa się mężczyzna czekając na moją zgodę.
- Róbcie co musicie - mówię sucho. Dojeżdżamy do szpitala. Zabierają ją na salę.
Skoro właśnie to ma jej pomóc to niech robią. Byleby z tego wyszła. Wyciągam telefon i dzwonię do Harryego. Muszę wiedzieć co z moimi ludźmi. Styles wszystko mi streszcza. Wychodzi na to, że wszystko idzie w miarę dobrze.
- A co z Niallem? - pytam.
- Połamane żebra i wstrząs mózgu. Jednak go ma.
- W którym jest szpitalu?
- Świętego Augustyna. - mówi i słyszę jak kogoś opieprza.
- Nie mogę tam pojechać. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Wszystko jest w twoich rękach, Harry. Mówiąc wszystko, mam na myśli wszystko.
- Kumam. Jakby co będę dzwonił.
- Tylko wtedy jak będzie źle. - chowam telefon i siadam na krześle.
Martwię się. Czuję się kompletnie bezradnie. Siedzę i patrzę się w ścianę. Mam tyle problemów. Czuję ciężar na ramionach. To co spoczywa na moich barkach nie jest łatwe. Courtney w śpiączce to ostatnia rzecz o jakiej mogłem myśleć. Nie spodziewałem się...To wszystko jest pojebane. Tak mocno pojebane. Będzie leżeć na tym łóżku niczego nie świadoma, nieprzytomna. Usłyszy? Nie wiadomo. Obudzi się? Oby tak. Nic mnie nie obchodzi. To ona jest najważniejsza. Tylko ona. Nie wyobrażam sobie swojego życia bez niej. Teraz gdy choć na nią spojrzę wzbiera się we mnie straszna złość.
Lekarz, pielęgniarki, salowe w końcu wychodzą z niedużej sali. Irytująca lampa bzyczy nad moją głową. Staram się skupić na Courtney. Oddycha sama? Nie. To chyba jedna z maszyn stojących obok. Ten widok mnie mdli. Łapię ją za rękę. Jest mała, delikatna i krucha.
Tym razem nie jest również tak przyjemnie ciepła jak zawsze. Jej temperatura jest znacznie mniejsza od mojej. Skóra dziewczyny jest nieprzyjemnie blada.
- Spróbuj mnie zostawić, a pożałujesz - mówię cicho. - Rozumiesz? Jasne, że rozumiesz. Na pewno słyszysz. Musisz. Przepraszam. Wiem, zawaliłem. To moja wina. Ale błagam, ze wszystkich kar dla mnie, wybierz inną i nie odchodź. Bo nie możesz. Bo cię potrzebuję. Bo wiem, że mimo wszystko, mimo tego co mam, nie dam rady. Dziwne, prawda? Powinienem być silny z władzą. Ale po co mi ona, skoro nie miałbym ciebie?
Naprawdę wierzę, że mnie słyszy i wysłucha. Że postara się ze wszystkich sił jakie jej pozostały. Całuję jej knykcie i zamykam oczy, przełykając ślinę. Nigdy nie czułem się gorzej. Nigdy. Zabijałem i nie miałem wyrzutów sumienia.
- Panie Tomlinson - do sali wchodzi pielęgniarka z dwoma policjantami.
- Słucham? - odwracam się do nich z kamienną twarzą.
- Chcieliśmy porozmawiać z panem o wypadku.
- Nie byłem świadkiem wypadku, więc nie będę składać zeznań.
- Jednak to pan wezwał pogotowie do pani Evans.
- Ale przy wypadku mnie nie było. Proszę pytać świadków. Poza tym to moje auto zostało wmanewrowane w to. Było sprawdzane jak każde. A jednak ktoś podciął hamulce.
Mężczyźni wszystko spisują i zabierają mnie na komisariat żebym złożył oficjalne zeznania. Zmyślam jakąś bajkę. Taką w którą mogą uwierzyć i wychodzę.
Skoro jestem już w drodze to jadę zobaczyć co u Nialla. W końcu to mój przyjaciel i świetny pracownik. Też żałuję, że mu się coś stało. Mam jednak nadzieję, że ojciec powstrzyma się od komentarzy. Bo to już będzie dla mnie kolejny gwóźdź do trumny.
Wchodzę do szpitala. Rozglądam się i trafiam na drugie piętro, gdzie widzę Trevora i Travisa oraz Caroline. Podchodzi do mnie i uderza w twarz. Okej, tym razem jej pozwolę. Narzeczona Nialla patrzy na mnie bez słowa, cała zapłakana.
- Będzie dobrze - mówię słabo.
- Nie wiesz tego - odzywa się znów podchodząc do szyby.
Podążam za nią i widzę Nialla w tej samej sytuacji, co Courti. Zaciskam usta w wąską linię.
- Wiem, Caro. Znam go lepiej niż ty i możesz mi zaufać, że skurwysyn jest zbyt silny, aby się z tego nie wybudził - zapewniam ją.
- Obyś miał rację.. - szepcze drżącym głosem. Siedzę tam godzinę.
Nie rozmawiamy. Jedyne co, to trochę ją uspokajam i kupuję kawę. Proszę Trevora, aby zawiózł ją do domu, a mnie z powrotem do szpitala Courtney.
Tam mijam się z jej lekarzem w drzwiach.
- Co z nią? - pytam, zatrzymując go.
- Jest lepiej. Organizm walczy.
- Lepiej - prycham i omijam mężczyznę, wchodząc do środka.

Całą noc spędzam na krześle przy łóżku małej. Nawet natrętna pielęgniarka nie zdołała mnie stąd wyrzucić.

piątek, 10 lipca 2015

Rozdział 3

Następnego dnia już na nią czekają skrzynki czereśni. Liam jednak wie, jak i co załatwić. Ja nie muszę się tym przejmować. Courtney pakuje sobie ich całkiem sporo i zabiera ze sobą na uczelnie. Wysłałem ją na studia, tak jak chciała. Jest moją dziewczyną i wie, że stać ją teraz na wszystko. Zresztą ona nie jest nieśmiała. Jak coś chce, to mówi. Lub robi podchody. To drugie jest częstsze. Co by tu zrobić, żeby Louis się zgodził. Bywa przekomiczna. Podchodzi do szafy i w pośpiechu zakłada szpilki. Jak zwykle spóźniona.
- Nastaw sobie wcześniej budzik - sugeruję, zapinając zegarek.
Poprawiam ciemną marynarkę, zerkając przez okno. Czas się zbierać.
- Może się po prostu nie wysypiam - patrzy na mnie znacząco.
- To dziwne, ja się wysypiam. Łóżko mamy wygodne - mówię, podchodząc do niej. - Do zobaczenia - całuję Courti w usta.
- Miłego dnia - uśmiecha się jeszcze i wybiega.
Travis zawozi ją na uczelnię. Ja zbieram ludzi oraz sprzęt. Mam nadzieję, że naprawili ten karygodny błąd i jesteśmy w stanie wszcząć akcję.
Inaczej chyba łby pourywam wszystkim i każdemu z osobna.
- Dzień dobry, panowie - wychodzę na dwór. - Akcja grozi śmiercią. Nie spodziewajcie się hucznych pogrzebów.
W odpowiedzi słyszę tylko przeładowywanie broni. No i to ja rozumiem.
- Harry, Ethan i Riley, wy zostajecie. Wiecie co robić. Reszta do samochodów - mówię i sam wsiadam do mercedesa.
Wszyscy ruszamy do celu, który każdy zna. Teraz nie ma już zastanawiania się. Wiedzą co mają robić.
Moi ludzie są porozstawiani po całym Miami. Mamy trzy ciężarówki. Gramy w kulkę pod trzema kubełkami. Bardzo fajna zabawa. Musimy włamać się do banku. Wolę adrenalinę niż kasę. Ale muszę płacić pracownikom. Potem wraz z sejfem ruszymy do Nowego Jorku. To daleko. Druga strona Ameryki. Tylko będą nas gonić. Jednakże trochę ich zmylimy. w między czasie sejf trafi do samolotu i tak dotrzemy na miejsce. Powinniśmy być z powrotem w domu za jakieś cztery, pięć dni.
- Niall, ile mamy czasu? - pytam do słuchawki. 
W tym samym czasie on robi wybuch na ulicy i nikt nie słyszy wiertła.
- Trzy minuty. Maksymalnie - mówi krótko.
- Trzy minuty! - krzyczę. Popędzam chłopaków. W pośpiechu, ale z precyzją załatwiamy wszystko. 
Cztery dni później, jak po normalnej delegacji, jadę pod uczelnię.
Ściągam wzrok wielu młodych dziewczyn,  zbierając masę wdzięcznych uśmiechów.
Wywracam oczami, powstrzymując się od grymasu.  Wyglądam jak pies na baby? Wchodzę po schodach i rozglądam się po korytarzu za Courtney.
Nigdzie jej jednak nie mogę znaleźć. Orientuję się gdzie ma ostatni wykład i tam się kieruję. Opieram się o ścianę i czekam na koniec zajęć. Zabiorę ją dzisiaj na kolację. Może najpierw zakupy. Stęskniłem się za nią. Tak krótki czas, a cholernie mi jej brakowało.
Nie mogłem zadzwonić. Nie miałem kiedy, poza tym to niebezpieczne. Wreszcie wychodzi wpatrzona w swój telefon. Gdyby nie ludzie wokół to weszłaby w ścianę.
- Panno Evans, co ciekawego jest w tej komórce? - staję za jej ramieniem.
Prostuje się przestraszona i szybko odwraca. Z szerokim uśmiechem rzuca mi się na szyję. Kładę ręce na jej biodra i długo całuję. Też tęskniła.
- Dlaczego przyjechałeś? Miałeś czekać w kawiarni - mówi kompletnie zbijając mnie z pantałyku.
- Co miałem? - marszczę brwi.
- Dostałam wiadomość, kochanie.
- Jaką wiadomość? - pytam zdziwiony.
- Louis, wysłałeś mi wiadomość - wyciąga telefon i mi go pokazuje. Co jest do cholery?
- Chodź do auta - mówię zdenerwowany. Zaraz muszę to ustalić. Kto czeka na nią w tej jebanej kawiarni?
- Co się stało? - musi biec, żeby za mną nadążyć.
- Nie dostałaś tej wiadomość ode mnie - wyjaśniam szybko. 
Otwieram drzwi od samochodu. Pochylam się i patrzę na Liama. 
- Chodź. Musimy coś sprawdzić.
- Louis... - brunetka zdecydowanie nie chce, żebym ją zostawiał.
- Wsiadaj do auta. Travis będzie cię pilnować. Proszę. Wsiądź do auta - pokazuję ręką.
- Powiedz mi o co chodzi - upiera się.
- Nie wiem o co chodzi - przełykam ślinę. Trzymając jej telefon, idę z Liamem do kawiarni. Piszę SMS na ...swój numer chociaż powinien też dojść na inny odbiornik. "Już prawie jestem. Gdzie siedzisz?"
Nikogo w środku jednak to nie zdradza. Mój wzrok pada na szybę. Za nią stoi mężczyzna w kapturze. Trzyma przy gablocie zdjęcie Courtney przekreślone czerwonym markerem. Dosłownie kilka sekund i ucieka znikając.
- Kto to kurwa był?! - biegnę do końca ulicy, ale on już uciekł. Staję przy przejściu razem z Liamem. Znajdę i zapierdole.
Łapię się ze głowę i ciągnę za włosy. No kurwa! Właśnie tego obawiałem się najbardziej Mam wrogów. Mam ich od cholery. A psychopatów nie brakuje. Przecież nie pozwolę, aby ktoś ją skrzywdził. I tak sama nigdzie nie wychodzi. Gdybym nie przyjechał dzisiaj to mogła by tam pójść i...
Dziewczyna ledwo mnie dostrzega i od razu zasypuje miliardem pytań. Nie odpowiadam na żadne, bo nie wiem. Po prostu nie wiem. Poza tym nie chcę jej denerwować.
I tak o to nadchodzą ciche dni i samotne noce. Courtney nie odpuszcza i nie odzywa się do mnie nawet słowem. A ja siedzę z chłopakami w salach codziennie i codziennie wszystko sprawdzamy. Nie było mnie cztery dni. Nie mogli dopilnować, aby nic się nie działo? Chodzę tak wściekły, że wszyscy pracownicy na tym cierpią. Każdy boi się choćby odezwać. Nawet ojciec siedzi cicho i sam próbuje cokolwiek z tego zrozumieć. Kto mógł maczać w tym palce?
- Kto pojechał dziś z Courtney na uczelnię? - pytam, opierając ręce o długi stół.
- Ja - odzywa się Paul.
- Widziałeś coś, co mogło cię zaniepokoić?
- Nic, a nic szefie.
Kiwam głową i wychodzę. Idę poszukać mojej dziewczyny. Siedzi nad basenem i macha nogami w wodzie, czytając jakąś książkę.
Włosy ma związane w koka. No i założyła kolorową sukienkę. Wygląda ładnie jak zawsze. Kucam obok niej i zamykam lekturę, zaznaczając ją zakładką. Nie protestuje. Oddaje mi ją bez przeszkód i zakłada ręce na piersi.
- Długo będziesz się obrażać? - trącam nosem jej policzek j łapię za luźny kosmyk włosów.
- Co chcesz?- pyta chłodnym głosem. Nienawidzę gdy się tak odzywa.
- Nie mów do mnie jak do obcego - przytrzymuję jej podbródek, aby spojrzeć w oczy.
Jej wyraz twarzy trochę mięknie, choć widać, że szczerze stara się tego nie pokazać.
- Próbuję cię chronić i nie jest to łatwe. Ktoś próbuje skrzywdzić bardzo ważną dla mnie osobę. I właśnie za to poniesie karę - przesuwam palcami po jej dolnej wardze.
- Mam wrażenie, że nic nie wiem.
- Ja też nic nie wiem. I to mnie wkurwia. Tak piekielnie wkurwia, że mam ochotę wszystko roznieść. Przykro mi.
- Może powinniśmy iść na policje? - pyta cicho.
Jasne. Wejdę na komendę i od razu mnie przywitają z całym szacunkiem, a w prezencie dostanę szybszy wyrok.
- Louis, martwię się…
- Kochanie, nie możesz tu zostać. Dla bezpieczeństwa.
- Co takiego? - tego się chyba w ogóle nie spodziewała. - Co ty...
- Ktoś cię stalkuje. A więc musimy upozorować twój wyjazd do Paryża. Powiedzmy, że tam. Jednakże tutaj też nie zostaniesz. Pojedziesz do domu seniora.
- Pojedziesz ze mną? - pyta z nadzieją.
Kręcę głową. To byłoby bezsensu. Muszę ją tam wysłać. Będzie bezpieczna.
- Nie chcę jechać bez ciebie - już jej oczy mokną.
- A ja nie chcę cię zostawiać. Ale po prostu tak będzie lepiej - głaszczę jej policzek. - Nie płacz.
- A jeśli coś ci się stanie?
- Mi? Misiu, mam tylu ludzi, że nie ma takiej opcji. To o ciebie się martwię.
Jednak zaczyna płakać i mocno się do mnie przytula. Opieram podbródek o jej głowę. Próbuję ją uspokoić. Przecież damy radę. Najważniejsze to żeby była bezpieczna. Wszystko inne idzie na drugi plan. Biorę ją na ręce i wchodzę do domu. Bilety zostaną zamówione. Jakaś sprzątaczka przebrana za Courti pojedzie na lotnisko.
Wszystko musi być dokładnie zaplanowane. Żadnej pomyłki.
- Tato, jesteś pewny, że tam masz dobrą ochronę? - pytam choć wiem. Kilku z nas muszę wysłać do Paryża.
- Louis, za kogo ty mnie masz?
- Nie może jej się nic stać. Nic. Rozumiesz? - zaciskam zęby.
- Wiem - mówi krótko.
Kiwam głową. Bardzo szybko wszystko ogarniają. Ja tylko siedzę z małą na kolanach. Zaraz będzie musiała jechać. Równo z Vivienne. Wiem, że Courtney się boi, ale wierzę, że da sobie radę. Jest silna i odważna.
- Musisz iść - zakładam na nią męską bluzę.
- Może to był głupi żart? - próbuje kolejny raz.
- Jeśli tak, to szybko wrócisz.
- W porządku - odpuszcza zmęczona już tym dyskutowaniem.
Wychodzi z chłopakami do auta. Potem wszyscy wyjeżdżają. Muszę się dowiedzieć. Nie ma odpuszczania i lekceważenia. Muszę to skończyć.
Dosłownie parę minut później słyszę telefon. Odbieram połączenie od Riley'a.

- Szefie, auto miało wypadek.
~~~~~*~~~~Witajcie! Mamy napisane już 22 rozdziały, więc to od was zależy jak będą dodawane.
Komentujcie, promujcie, zapraszajcie. Pomóżcie nam :) Kilka tweetów o #BOSSFF
to nie jest wiele. Prawda? Informuję tyle osób, że naprawdę byłaby duża pomoc.
Miłego wieczoru xx

środa, 8 lipca 2015

Rozdział 2


- Bo kurwa nie znacie się na robocie kurwa! - zrzucam ze stołu plany. Wszystko było idealnie przygotowane. Cały spisek. Wszystko wliczone. Każda mini sekunda. Ile potrzeba na co. Spieprzyli jedną sprawę. Jedną jebaną sprawę i akcję szlag bierze. Trzy miesiące planowania. Nie no to idzie się z mostu skoczyć. Łapię butelkę Danielsa i rzucam w okno. Szkło rozbija się na kawałki. Mam to w dupie. Jestem wściekły jak cholera. Co za... brak mi słów. Siadam w fotelu i przecieram oczy starając się choć trochę uspokoić. Mój ojciec zaraz tu wparuje. Oczywiście, że tak. I zacznie mnie opierdalać. Nie umiesz utrzymać gangu w ryzach. Nie umiesz dopilnować spraw. On to mnie dopiero potrafi wyprowadzić z równowagi dosłownie w jednej chwili. Jest specjalnie uzdolniony jeśli o to chodzi.
- Junior - słyszę w drzwiach. No jasne. Jakże by inaczej. Mówiłem? Mówiłem. - Co jest do kurwy nędzy? Czemu Harry boi się mi drzwi otworzyć? Co żeście spierdolili?
- Błagam.. - biorę głęboki oddech i nawet na niego nie patrzę. -.. po prostu odpuść.
- Mów, Louis - warczy i siada na swoim miejscu. Reszta od razu wychodzi. - Dzisiaj jest dziesiąty. Zaraz przyjadą ludzie od transportu łupu. Masz dwa dni do akcji.
- Wiem kurwa. Coś wymyślę - staram się skupić na tym wszystkie swoje myśli. Nienawidzę gdy się wpieprza w moje interesy. Zwłaszcza gdy ma rację.
- Daj sobie pomóc - nalega. 
Zaraz go rozszarpię. Nie jestem dzieckiem. A on ciągle próbuje dać mi do zrozumienia, że jest lepszy. Wzdycham i naciskam guzik telefonu.
- Wezwijcie szklarza - mówię i wstaję. - Tato, pojedz sobie na Majorkę z mamą i daj mi spokój. Dziękuję bardzo - wychodzę z sali obrad. Przechodzę pół domu i wchodzę do salonu.
Tak. Cudowna cisza, spokój i teren wolny od mojego ojca, przynajmniej na chwilę. Opadam na kanapę i zamykam oczy. Ja jestem spokojny. Jestem spokojny. Nic mnie nie denerwuje. Zycie jest piękne.
- Cześć - widzę przed swoją twarzą, twarz Courtney do góry nogami. Całuje mnie i czuję, że jak zwykle jadła czereśnie. Oczywiście jak zawsze wciska mi ze swoich ust do moich pestki żeby mi dokuczyć.
- Pfu - wypluwam to na rękę. - Idź zrób dwa kółka wokół domu. Jak wrócisz, to będę mógł rozmawiać. Nie za krótka ta bluzka? - ciągnę za materiał.
- Nie za kwaśna ta mina? - przeskakuje oparcie i ląduje, dosyć boleśnie, na moim brzuchu.
Jęczę głośno. Ona mnie wykończy. Oni wszyscy chcą, żebym zwariował. Poważnie. Na spadek liczą.
- Proszę, tak lepiej? - pyta obciągając swoją bluzkę tak, że teraz cycki wylatują jej z dekoltu. Jak zwykle chcę ściągnąć na siebie moją uwagę. Mam wrażenie, że ona usycha gdy widzi, że nie zwracam na nią tyle uwagi, ile by chciała.
- Na górę po normalną koszulkę - klepię ją w tyłek. - Chyba nie chcesz, żebym każdemu tu powydłubywał oczy. Ty nawet jak masz okres, jesteś szczęśliwa. Takim to się trzeba urodzić, skarbie.
- Czereśnie mi się kończą - jej głos zmienia się w służbowy, a mina poważnieje.
- Więc wyślij kogoś do sklepu - kładę ręce na jej biodra.
- Głuptasku, o tej porze roku nie ma w sklepie czereśni - wiec dlatego się tak łasi. Znowu mam jej sprowadzić ten durny owoc nie wiadomo skąd.
- Nie wolisz jabłek? - patrzę na nią uważnie. Widzę jak się krzywi. - Na pewno nie?
Robi słodkie oczka, Przygryza paznokieć i kręci głową.
- A mogą być wiśnie? Będą z Japonii - zamykam oczy, aby jej urok na mnie nie działał.
- To ja następnym razem też się zapytam. Mogą być kalesony zamiast koronki? Będą z Victoria's Secrets.
- Przecież wiśnia i czereśnia to to samo - mówię zdesperowany.
- Wcale nie.. - mruczy smutna wtulając się w moją szyję.
- Wyglądają podobnie - stwierdzam, poddając się. Do salonu wchodzi mężczyzna w roboczym stroju i Harry cały na czarno. - Sala na końcu - mówię. - Szyba ma być dziś wstawiona.
Styles kiwa głową śmiejąc się z tego co widzi. Courtney Niewzruszona nadal mruczy jak kotka przy moich uchu. To jest uciążliwe. Muszę jej pilnować bo obecność chłopaków nie szczególnie przeszkadza jej w chodzeniu w samej bieliźnie po domu. Nie wspomnę już o wracaniu z łazienki nago, bo jak tłumaczy... Inaczej się spoci. Ja rozumiem, że się nie wstydzi, ale do jasnej cholery nie będą ją oglądać inni. A przypadkiem mieszka tu kilku samców. Kilkunastu. Może w innych częściach domu, ale tu też przebywają. Jej beztroskość czasem mnie przerasta. Naprawdę.
- Liam - wołam pracownika. - Zamów skrzynię czereśni. Najlepiej na cito.
- Dwie.. - szepcze mi brunetka do ucha. Czuję, że ledwo powstrzymuje się od uśmiechu.
- Jedną i nie licytuj się ze mną - ciągnę za kosmyki jej włosów.
- Czemu nie dwie? - pyta oburzona i prostuje się. Była pewna, że od razu pójdę jej na rękę.
- Bo czereśnie robią się ważniejsze ode mnie - siadam tak że opiera się o mój tors. - A teraz ja chcę kurwa lody. Z bitą śmietaną. I truskawkami. I nie wiem co jeszcze, ale coś z cukrem co mnie uspokoi.
- Ja mam dużo cukru - na nowo się uśmiecha. - A jak chcesz to mogę być i w śmietanie i z truskawkami.
- O, bardzo ciekawa propozycja.  Podoba mi się - mówię zainteresowany.
- Liam jednak dwie! - krzyczy posyłając mi niewinnie spojrzenie. - Jesteś najważniejszy, misiu - daje mi długiego całusa.
Oddaję pocałunek w taki sam sposób. Odgarniam włosy z jej słodkiej buzi. Najpiękniejsza.
- Więc masz już dzisiaj wolne? - pyta przy moich wargach.
- Nie wiem czy na długo. Muszę posprzątać po tłumokach - przejeżdżam palcami po jej szyi.
- Mogę pomóc. Lubię ci pomagać. Bardzo, bardzo, bardzo lubię.
- W tym nie masz jak - podnoszę się. Oplata nogami moje biodra.
- A co z tym twoim cukrem? W tym mogę pomóc? - pyta.
- W tym tak - poprawiam ją sobie.
- Lubię ci pomagać - powtarza zadowolona.
Kręcę głową. Ona jest zawsze chętna. Zawsze ma dobry humor. No takiej kobiety jeszcze nie miałem. Niosę ją na górę.
Ona w tym czasie odpina guziki mojej koszuli. Jej zgrabne paluszki nigdzie się nie spieszą.
- Jesteś lepsza niż siłownia - stwierdzam, otwierając naszą sypialnię. Oczywiście przerobiła ją według swojego gustu.
- Udam, że nie zabrzmiało to jak aluzja co do mojej wagi - mówi niby niechcący uderzając stopą w moje krocze.
- Chodziło mi o sprawność fizyczną w łóżku - precyzuję. Właśnie na nim ląduje. Pochylam się nad dziewczyną.
Ta tylko uśmiecha się szeroko i za chwilę wybucha śmiechem. Nawet przez moment nie potrafi być poważna.
- Kotku - wzdycham i ściągam z niej tę kusą bluzeczkę.
Oczywiście, bo przecież po co nosić biustonosz? Przez to jej uwodzenie, wcześniej nawet tego nie zauważyłem.
- Kochanie, tłumaczyłem ci, że masz chodzić ubrana. Nie jesteśmy w domu sami. Rozumiesz? - karcę ją.
- I co z tym zrobisz?
- Gorzej niż z dzieckiem. Chwila. Nie mamy śmietany i truskawek.
- Mogę pójść, dosłow...
- Nie - przerywam jej. - Sam pójdę. - Ściągam do końca koszulę i wychodzę z sypialni. Szybkim krokiem kieruje się do kuchni mając nadzieję znaleźć tam obie te rzeczy. W przestronnej lodówce znajduje miskę świeżych truskawek i jeszcze nie otwarty spray śmietany. Całe kurwa szczęście. Zabieram wszystko i wracam. Po drodze mijam Liama i Nialla którzy oczywiście domyślają się, że przez najbliższy czas nie będę dostępny dla nikogo. W sypialni Courtney jest już tylko w dolnej części bielizny i majstruje coś przy płytach i wieży.
Odstawiam miskę i śmietanę na szafkę obok łóżka. Podchodzę do mojej dziewczyny, łapiąc ją w talii. Zdąża włączyć muzykę, a chwilę później jest na moich rękach. Niosę ją na łóżko. Uwielbiam ją. Uwielbiam moją księżniczkę. Oczywiście, że się z nią droczę. Przecież zawsze dostanie to, czego chce. Chce gwiazdki? To też dostanie.
Po prostu zabawnie jest czasem zobaczyć jak się dąsa. Poza tym wtedy mogę utargować różne, ciekawe rzeczy. Jak jej bardzo zależy, to nawet więcej ja zyskam niż ona. Tak jakoś na przykład dzisiaj. Tyle dobrego za jakieś kilka owoców. Ale ona je kocha. Je bez przerwy. Nic innego mogłaby nie jeść. Byle by mieć czereśnie. Pochylam się nad Courti i całuję ją w usta. Nie muszę czekać na zaproszenie. Wsuwam język i muskam jej podniebienie. Jęczy na to doznanie i przyciąga mnie za szyję jeszcze bliżej.
- O nie. Teraz ty się kładziesz. Ściągaj majtki - odsuwam się od niej.
- To ty jesteś bardziej ubrany - zauważa.
- Ale to nie ja będę w śmietanie - siadam na jej biodrach.
Klepie mnie w udo i kiedy trochę się podnoszę, ona zsuwa bieliznę. Rzuca majtki na biały dywan. Sięgam po bitą śmietanę. Wstrząsam pojemnikiem i dekoruję ciało dziewczyny. Ta oczywiście śmieje się przez cały ten czas i ledwo udaje jej się tego wszystkiego nie strząsnąć.
- Spokój - całuję ją krótko i pryskam jej słodkości do buzi.
W końcu udaje mi się wyczyścić ją całą i już bez zbędnych ceregieli w nią wchodzę. Oplata mnie nogami. Opieram ręce na zagłówku łóżka i poruszam się w równym rytmie. Po moim torsie spływają kropelki potu. Czuję się w niej idealnie. Przyjmuje mnie za każdym razem. Wzdycha i jęczy powtarzając moje imię. To prawdziwa muzyka dla moich uszu. Nasze ciała są świetnie skomponowane. Nie mogło być lepiej. Oddechy mieszają się ze sobą.
- Louis, ja już... - próbuje wydusić z siebie zdanie.
- Dojdź - opieram czoło o jej.
Zamyka oczy i odchyla głowę do tyłu głośno krzycząc. Tak, to jest kolejna cecha charakterystyczna dla niej. Nie należy do cichych.
Mój ojciec z matką mogą spać na końcu korytarza, ona nie będzie cicho. Nie wstydzi się.
- To było nieziemskie.. - mówi nadal ciężko oddychając.
Wykonuję kilka ruchów. Nie trzeba mi wiele. Przeżywam rozkosz. Opadam na ciało dziewczyny, a ona leniwie bawi się moimi włosami. Składam delikatny pocałunek na jej ramieniu. Tak jest najlepiej. Z nią. Ale tylko na chwilę. Mam za dużo problemów. Pan i władca musi się tym zająć.
- Nie chcę, żebyś znowu wyjeżdżał w tą głupią delegacje. - mówi cicho.
- To bardzo ważna...delegacja - kładę się na plecach obok niej.
- I oczywiście pani Moore również tam będzie.
- Co? Nie, nie w tym miejscu co ja. Praktycznie wszyscy jadą. Oczywiście zostawiam ci tu paru chłopaków. Tylko proszę, ubierasz się. Nie ma chodzenia w bieliźnie. Mój ojciec też jedzie. Matka cię będzie odwiedzać - patrzę w sufit.
- Będę tęsknić. - mówi siadając na skraju łózka.
Przesuwam palcami po jej plecach. Nie mogę jej powiedzieć wszystkiego. Muszę kłamać. Dla jej bezpieczeństwa. Nie wie nic o.... moich czarnych interesach. Tak jest lepiej. Ufam jej, ale ta wiedza jest jej zbędna. To byłyby dla niej jedynie nerwy.
Wzdycham pod nosem. Na razie nie. Może kiedyś. Wie, że muszą mnie chronić, wie, że mam broń, ale to podstawowe informacje.
- Idę pod prysznic, cała się lepie - wstaje i związuje włosy.
- Idź, tylko wolno - wbijam w nią wzrok. Ta to ma ciało...
- Jakbyś co najmniej nie widział mniej cały czas.
- Masz seksowny tyłek - łapię poduszkę i rzucam w nią.
- Ty też - puszcza mi oczko i jedynie z poduszką opuszcza pokój.

Jezus. Dobrze, że ta łazienka jest blisko. Ale mam nadzieję, że obok nikogo nie będzie. Ale rzeczywiście cała była upaprana tą bitą śmietaną. Za to bardzo pyszna i słodka. No i oczywiście tylko moja. Niezaprzeczalnie moja.
~~~~*~~~~To już rozdział "jakiś czas później". Tak jak mówiłam, nasza historia będzie opowiadać o losach tej pary. Wasze opinie są ważne, więc na nie czekamy :)#BOSSFF

niedziela, 5 lipca 2015

Rozdział 1


Wysiadam z samochodu, zapinając marynarkę. Przeniosę firmę bliżej i nie będę musiał dojeżdżać, aż godzinę. To naprawdę nie jest przyjemne. Zwłaszcza, kiedy kierowca ciągle hamuje.
Automatycznie kieruję wzrok na Travisa i karcę go. Nie zamierzam mieć foteli w swoim śniadaniu. Podziękuję.
Mężczyzna ma szczęście, że go lubię, bo inaczej już straciłby swoją pracę. Odjeżdża, a ja kieruję się do środka budynku. Już od progu witają mnie uśmiechnięte, choć zapewne kompletnie nie szczere, twarze moich pracowników. Kiwam tylko głową na dzień dobry. Tak jakby pracowali tutaj, bo muszą. Źle płacę? Chyba jednak nie. Za taką pensję to nigdzie nie znajdą pracy. Ale ich sprawa. Jak im się nie podoba, to droga wolna. Ściągam marynarkę i rzucam ją na brązową, skórzaną kanapę. Schodzę po stopniu, kierując się do stolika z whisky. Najpierw moja kochanka. Potem obiad. Wyciągam kryształową szklankę, przeznaczoną właśnie do tego alkoholu i napełniam ją odpowiednią ilością. Jedną ręką wkładam do kieszeni spodni i idę na taras za domem. Przynajmniej tu mam chwilę spokoju i ciszy. Opieram się o framugę drzwi i rozglądam po ogrodzie. Nie mam psa, to mój teren nie jest zniszczony. Mam co podziwiać. Przyjemnie wrócić z pracy i przyjść tutaj. W Miami zawsze jest ciepło, więc wszystko żyje swoim życiem. Zwłaszcza te piękne kwiaty. Wiele kolorów miesza się ze sobą tworząc idealną całość. Sprawiają, że jeśli raz się tu wyjdzie, nie ma ochoty się wychodzić.
Upijam łyk alkoholu. To która tutaj tak dba o to? Ktoś musi. Skanuje w myślach listę swoich pracowników. Cała obsługa w moim domu pracuje tylko do dwunastej. Chcę mieć wolny dom po powrocie z pracy. Wyjątkiem jest tylko kucharka. Ona tu mieszka. Ale Gabriell gotowała u nas, jak byłem dzieckiem. Więc tak jakby jest od zawsze. Nie przeszkadza mi, a przecież obiad ktoś zrobić musi dla tak dużej ilości osób. Nie to, żebym przejmował się moimi ludźmi. Nie pracownikami.
Wracam do domu, słysząc, że posiłek został podany. Odkładam szkło i zmierzam do jadalni. Na stole znajduje się już wielka, faszerowana kaczka.
- Liam - kiwam głową na przyjaciela, aby podszedł.
Umięśniony brunet odchodzi od ściany i wyjmuje słuchawkę z ucha.
- Co tam? - pyta.
- Kto zajmuje się ogrodem? Jak to kobieta, to przekaż jej, że jutro zjemy razem kolację. Tylko jeśli jest przed trzydziestką, ale chyba starszych nie zatrudniałem. Zresztą nie pamiętam - macham ręką. - Po prostu to sprawdź.
Kiwa głową, wyciągając telefon. Wiem, że potrzebuje tylko kilku minut, żeby wszystkiego się dowiedzieć.
Siadam do stołu i zaczynam jeść, świetnie przygotowany obiad. Czekam na informację. Muszę podziękować. A ja rzadko dziękuję. Po prostu ogród mi się podoba.
- Courtney Evans - słyszę przyjaciela, który zajmuje miejsce na przeciwko mnie.
- Świetnie. Wiesz, co robić. Częstuj się - mówię, dopijając drinka.
- Rezerwacja tam gdzie zawsze? - pyta, zerkając na mnie.
- Tak - kiwam głową. Zawsze wybieram Silence. Lubię ten lokal.
Muszę zapamiętać, że jutrzejszy wieczór mam zajęty. Nie lubię spóźniania się, dlatego sam nigdy tego nie robię. Będę musiał odwołać każde spotkanie jakie będzie mi proponowane. Cóż. Dam radę. Jestem ciekawy tej Courtney. Naprawdę jej nie pamiętam.
Możliwe, że nigdy w ogóle jej nie widziałem. Któryś z chłopaków ją widocznie zatrudnił.
- Jak ona wygląda? Ładna? - pytam Liama, kończąc jeść.
Pokazuję palcem na Abigail i dziewczyna w pośpiechu sprząta.
- Zależy co się komu podoba, ale nie powiem... - uśmiecha się, znacząco.
- Blondynka? Jak blondynka to nawet się nie fatyguję. Nie lubię blondynek - mruczę.
Mężczyzna wzdycha i znużony pokazuje mi swój telefon ze zdjęciem mojej pracowniczki.
No. To mi się podoba. Ładna brunetka o piwnych oczach. Uśmiechnięta. Takie kobiety lubię. W zasadzie to akurat jest dziewczyna. Tak, zdecydowanie mam zamiar zjeść z nią jutro kolację. Nie miałem pojęcia, że moim ogrodem zajmuje się ktoś taki. Musiała mieć wyczucie. Jest młoda, więc na pewno zna się na rzeczy.
***
Opieram się o samochód, podziwiając niebo. Taka tam ironia...Dziewczyna ma jeszcze pięć minut do dziewiętnastej. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie. Jest dokładnie 6:58, kiedy zauważam ją wychodzącą zza rogu. Ma na sobie niebieską sukienkę opinającą jej zgrabną talię. Ma długie, proste nogi. Jest śliczna. Mi się naprawdę nie wiele rzeczy podoba. Ale ona jak najbardziej.
- Panie Tomlinson... - staje przede mną z uśmiechem.
- Panno Evans - pochylam się i całuję jej dłoń.
Widzę po niej jak bardzo ciekawa jest powodu dla którego ją tu zaprosiłem. Przecież praktycznie nawet się nie znamy.
- Zapraszam – otwieram przed nią drzwi od restauracji.
Będzie musiała być cierpliwa. Trochę ją pomęczę.         
Wchodzi do środka i czeka aż kelner zaprowadzi nas do stolika.
Siadamy przy oknie, odizolowani od reszty klientów. Kelner nalewa do jej kieliszka wina.
- Dziękuję, ale nie będę piła - mówi powstrzymując mężczyznę od wypełniania naczynia przed nią.
Kelner kiwa głową. Podaje nam karty i odchodzi. Przyglądam jej się.
Skanuje wzrokiem swoje menu. Zauważam przy tym, że jej dłonie są bardzo zadbane pomimo pracy jaką wykonuje.
- Cos studiujesz? - pytam i tak, wiedząc co zamówię.
- Nie. Obecnie mam przerwę w nauce - odpowiada podnosząc na mnie wzrok.
- Dlaczego? Chyba, że są wakacje...Nie orientuję się za bardzo.
- Zostawiłam studia po pierwszym roku - tłumaczy i odkłada kartę z daniami.
- Dlaczego? - splatam palce zaciekawiony.
Wygląda na zdolną i chętną do pracy.
- Chciałabym najpierw dowiedzieć się z jakiego powodu złożył mi pan propozycję kolacji.
- Ponieważ chciałem ci podziękować - wyjaśniam.
Uśmiecha się szeroko, słysząc moje słowa.
- Cieszę się, że podoba się panu ogród.
- Jest cudowny - przytakuję.
Buzię ma śliczną. Trochę niewinną, ale bardzo mi się podoba. Wystarczy taka drobna pochwała, a jej oczy całe błyszczą radością. Zasłużyła na to.
Kelner podchodzi do nas i zbiera zamówienie. Po chwili znów zostajemy sami.
- To może jednak się napijesz? - pytam raz jeszcze.
- Jestem samochodem - posyła mi nieśmiały uśmiech.
- Mój kierowca może cię odwieźć. Ale nie nalegam. Więc czemu przerwałaś studia?
- Dom dziecka zapewniał pieniądze tylko przez pierwszy rok - mówi ciszej niż do tej pory.
- Courtney - zawieszam na chwilę głos. - Pracujesz u mnie za dosyć duże pieniądze. Nie starcza?
- Pracuję u pana od trzech miesięcy i.... Nie chcę o tym rozmawiać. To wygląda jakbym się skarżyła, a nie chcę tego robić, nie mam powodów.
- Wiesz, za tak piękny ogród zasługujesz na dobrą pensję. W następnym miesiącu dostaniesz więcej - mówię i biorę łyk wina. 
Nie mam problemu z wydawaniem pieniędzy. Zwłaszcza jeśli zarabiam je non stop. Co godzina. 
- Nie, panie Tomlinson, ja naprawdę nie... - cała robi się czerwona.
- Uspokój się. Dla mnie to nie problem. A teraz zmienimy temat - sugeruję, odstawiając kieliszek.
Kiwa głową zgadzając się i od razu, ponownie przywołuje na twarz uśmiech.
Kelner przynosi nasze jedzenie. Bardzo się cieszę, ze ta dziewczyna u mnie pracuje. Poprawiła mi nastrój. Jest szczera i otwarta. Zna się na tym co robi no i oczywiście jej uroda...Jestem zachwycony. Jest piękna jak mój ogród. Czyli cudowna.
Jej intelekt również robi wrażenie. Jest bystra i oczytana. Przez wieczór zauważam, że potrafi wypowiedzieć się na każdy temat.
Chciałbym ją widywać częściej. A nigdy tego nie robię. Muszę coś zmienić. Grafik. Albo jej albo swój. Tak. Zajmę się tym zaraz po powrocie do domu. Jej uśmiech może przecież częściej poprawiać mi nastrój. Jest tak bardzo pogodna.
- Dziękuję za miły wieczór - mówię, odprowadzając ją do auta.
- To ja dziękuję za zaproszenie - stajemy przy jej audi.  Marszczy brwi nie mogą  znaleźć kluczy w torebce, ale w końcu się udaje.
Odblokowuje samochód, a ja otwieram jej drzwi.
- Ładna sukienka - mruczę, przygryzając wargę.
Nie mogę się powstrzymać. Piękno kusi mnie od zawsze.
- Dziękuję - odpowiada wsiadając.
- Do zobaczenia - zamykam za nią drzwi.
Posyła mi jeszcze jeden uśmiech i odjeżdża.
Wracam do swojego samochodu zadowolony. To był udany wieczór. Zdecydowanie. Wsiadam do środka. Travis prowadzi.
Ulice o tej porze są dosyć zatłoczone, więc jesteśmy na miejscu dopiero dwie godziny później.
- Zahamuj jeszcze raz, a wylecisz przez szybę - otwieram oczy i szybko wysiadam.
Wchodzę do domu, sprawdzając telefon. Jak zwykle pełna poczta. Będę musiał się tym zająć. Ale to potem. Mam za dobry humor. Najpierw prysznic.
Zmierzam na górę po drodze, rozpinając swoją koszulę. Materiał rzucam na łóżko. Wchodzę do dużej łazienki. Będzie mi się dziś śniła. Zapewne w tej sukience. Albo nie. W brudnych od ziemi ogrodniczkach. Odgarniała by włosy brudnymi rękoma. Wyglądałaby uroczo. Uśmiecham się, wchodząc pod strumień wody. Piękna dziewczyna...  Opieram się o ścianę kabiny. Myślę, że jest wolna.  Musi być wolna, ale jeśli nie... No cóż...Czy jest coś czego ja nie mogę mieć? Już po raz kolejny dziś się przez nią uśmiecham. 
Wiedziałem, że będę o niej śnić. Budzę się właśnie z nią w głowie.  Szczerze nie spodziewałem się, że zrobiła na mnie aż takie wrażenie.  Zastanawiam się czy iść do pracy. Jeśli zostanę, może się spotkamy. Chciałbym. Kończę kawę nadal niezdecydowany.  Nie chcę nalegać. Nie chcę być nachalny. W zasadzie zawsze jest tak, że kobiety lecą do mnie. Nie ja do nich.
Pojadę, ale po prostu później. To będzie najlepsze rozwiązanie.  Odstawiam białą filiżankę i biorę telefon. Dzwonię do sekretarki. Chcę przełożyć spotkania.  Nie interesuje mnie ze komuś popsuje tym plany. To oni mają się dostosować.  Przeżyją.  Ja na tym nie stracę. Zarabiam tysiące co godzinę. Naprawdę to nie jest wielki problem. A jeśli by był to moi ludzie są chętni do pracy. Lubią używać broni. 
Courtney przychodzi punkt ósma. Przybijam sobie w myślach piątkę widząc ją w ogrodniczkach.
- Dzień dobry - podnoszę się z wygodnej kanapy.
Pilot odkładam na szklany stolik.
- Pan Tomlinson - uśmiecha się - Dzień dobry.
- Jak nastrój? - lustruję ją wzrokiem jeszcze raz. Ach te ogrodniczki..
- W porządku, a pana?
- Teraz bardzo dobry. Już ci nie przeszkadzam - otwieram drzwi od tarasu.
Bierze swoją skrzynkę i wymija mnie znikając w ogrodzie.  Podchodzę do okna. Obserwuję jak przygotowuje się do pracy. Chyba to lubi. Tak mi się wydaje. Orientuję się, że ona mówi do tych roślin. Do każdej z nich kieruje ciepłe słowa, cały czas się przy tym uśmiechając.  Czy ona może rozpogodzić moje życie? Wnieść więcej szczęścia? Nie jestem łatwym człowiekiem. Nie mam serca. To prawda. Nie znam litości. Nie współczuję. Ale chcę tylko trochę szczęścia. Nie chcę pieniędzy.

Jakby w odpowiedzi znów słyszę jej pogodny, melodyjny śmiech. Doprawdy nie wiem jak w takiej małej istocie może być tyle pogody ducha.
~~~~~~~~~*~~~~~~~~~~
Witajcie. To pierwszy rozdział, który jest wprowadzeniem. W następnym czas przyśpieszy się i pół roku. To opowiadanie będzie raczej spokojne, może czasem śmieszne, czasem wzruszające. Mam nadzieję, że uda nam się przedstawić to, co mamy w głowie w odpowiedni sposób.Mogą znajdować się błędy, przepraszam, ale nie jestem w stanie wyłapać wszystkiego z kopiowanego tekstu z komunikatora. Zostawcie opinie xxA to, jeśli ktoś jeszcze nie widział: